Szalejąca polska ksenofobia zatruwa życie publiczne ku uciesze Kremla. Jej ofiarami padają przypadkowi Ukraińcy, ukraińskie działaczki społeczne, a nawet Polacy, których podejrzewa się (sic!) o ukraińskie pochodzenie.
Polska jagiellońska to recepta na szalejący nacjonalizm. Polska wielonarodowa i inkluzywna, która była najpotężniejsza wtedy, gdy polskości nie definiowano w kategoriach etnicznych, lecz obywatelskich.
Realizacja tej wizji musi się rozpocząć od bezwzględnego zwalczania ksenofobii i odejścia od reaktywnej polityki, w której głównym punktem odniesienia pozostaje faszyzująca prawica. Liberałowie muszą wyciągnąć głowę z piasku i przedstawić społeczeństwu alternatywną ofertę ideową. Musi ona uwzględniać aktualne wyzwania bezpieczeństwa narodowego i realia geopolityczne.
“Jakim prawem poucza nas Ukrainka?!”
Monopolu na polskość nie mogą mieć nienawistni nacjonalności spod znaku “Polski dla Polaków”. Kiedy niedawno na warszawskiej manifestacji przeciwko ksenofobii ukraińska działaczka Natalia Panczenko z przekonaniem i wyraźnymi emocjami wypowiedziała się w tym duchu, po raz kolejny stała się celem prymitywnych, szowinistycznych ataków nawołujących do odebrania jej obywatelstwa i deportacji z Polski. Skupiła na sobie oburzenie środowisk nacjonalistycznych, na czele z działaczami obydwu Konfederacji: “Jakim prawem poucza nas Ukrainka?!”
Tymczasem wielka tradycja Rzeczypospolitej to tradycja Rzeczypospolitej Obojga – i więcej – Narodów. To także – rzecz jasna w uproszczeniu, przy świadomości wszystkich różnic i realiów każdej epoki – testament Józefa Piłsudskiego, Jerzego Giedroycia, a nawet Lecha Kaczyńskiego. Współcześnie wciąż ma on szansę na realizację – nie ma natomiast swoich orędowników.
Polakiem jest i ma prawo być każdy, dla kogo Polska jest krajem świadomego wyboru. Polakiem może być Ślązak, Kaszub, Wielkopolanin, Ukrainiec, Białorusin i Krymski Tatar. Uzbek, Hindus, Żyd, Niemiec i Włoch. Nie ma między nimi – nami – żadnej istotnej różnicy.
Polskość – podobnie jak brytyjskość – rozumiano swojego czasu w kategoriach politycznych. Jest to najwłaściwszy punkt odniesienia także na obecne czasy.
Do dziedzictwa I Rzeczypospolitej poczuwają się często – i słusznie – Ukraińcy. Powinniśmy to wykorzystać, witając uchodźców i imigrantów z otwartymi ramionami i animować procesy integracyjne uzupełniające Unię Europejską w naszej części kontynentu. Nie w opozycji do niej, lecz służące jej wzmocnieniu – środek ciężkości projektu europejskiego ma szansę trwale przenieść się na wschód kontynentu, co jest dla nas historyczną szansą.
Imigranci współtworzą i wzmacniają Polskę
Demografia jest nieubłagana: Polska wymiera i ten trend można złagodzić poprzez mądrą, inkluzywną politykę migracyjną. Siła państwa zależy przede wszystkim od jego gospodarki, a potencjał gospodarki w istotnym stopniu determinuje liczba ludności. Wszyscy mieszkający w naszym kraju składają się na jego dobrobyt, a do najbardziej pracowitych i produktywnych z nas należą przybysze z innych krajów. Rozumie to doskonale polski biznes, a polski rynek pracy w wielu sektorach załamałby się bez cudzoziemskich pracowników.
Statystyki są jednoznaczne, korzystamy na imigracji, zarówno na poziomie mikro (korzystając z pracy i usług świadczonych przez cudzoziemców), jak i makro, wygenerowane przez Ukraińców w Polsce PKB to dodatkowe 98,7 mld zł, blisko 3 proc. Ich stopa zatrudnienia wyniosła 69 proc. (według danych z raportu Deloitte za 2024 r.), a wskaźniki te systematycznie rosną. Przestępczość w tej grupie jest około dwukrotnie niższa niż wśród etnicznych Polaków. Powinniśmy robić wszystko, by nie tylko zatrzymać ich w Polsce, ale stworzyć im jak najlepsze warunki do rozwoju i jak najbardziej związać z naszym krajem.
Na imigracji korzysta nauka i kultura; służy ona również przedsiębiorczości i innowacji. Także nasza siła polityczna w Unii Europejskiej zależy w znacznej mierze od potencjału ludnościowego. Jakie znaczenie ma liczba zdolnych i chętnych do walki za ojczyznę przekonuje się w ostatecznej próbie obecna Ukraina.
Karygodne moralnie i ze wszech miar szkodliwe jest rozpętywanie antyimigranckiej nagonki i ukrainofobia. Położenie jej kresu jawi się obecnie jako fundamentalne zadanie, przed którym stajemy jako świadomi obywatele, mający obowiązek domagać się stanowczej reakcji od rządu i właściwych instytucji państwowych.
Szalejąca polska ksenofobia zatruwa życie publiczne ku uciesze Kremla. Jej ofiarami padają przypadkowi Ukraińcy, ukraińskie działaczki społeczne, a nawet Polacy, których podejrzewa się (sic!) o ukraińskie pochodzenie. Nienawistne komentarze i wezwania polityków stały się integralnym elementem codzienności, w której coraz częściej ataki werbalne przeradzają się w fizyczne napaści. To zjawisko wymazuje wielką falę solidarności z Ukrainą sprzed czterech lat, która zadziwiła świat – był to fenomen słusznie porównywany do historycznego zrywu Solidarności.
Liberałowie oddali rząd dusz faszystom
Podkreślmy: najniższe i najpodlejsze ludzkie instynkty uruchamiają politycy. To oni wyznaczają standardy, publicznie “legalizując” i popularyzując poglądy oparte na głęboko skrywanych uprzedzeniach i kompleksach. Klasa polityczna jako całość ponosi gros odpowiedzialności za festiwal nienawiści i jego dramatyczne reperkusje.
Polska prawica stała się gremialnie swoim wynaturzeniem, przechodząc coraz dalej na pozycje radykalne i ekstremistyczne, zawłaszczając jednocześnie patriotyzm jako taki. Wytycza kierunek i narzuca narrację, pod pręgierzem której liberalne centrum samo przesuwa się coraz bardziej na prawo. Było to możliwe, bo Tusk i umowni demokraci dawno temu oddali to pole i nie wypromowali konkurencyjnej aksjologii: prawoczłowieczej, europejskiej i jagiellońskiej. Opowieści, w której wielką rolę ma do odegrania, zarówno Ukraina, jak i Rosja – pierwsza jako krytyczny dla naszego bezpieczeństwa sojusznik i partner, druga – jako historyczny, faktyczny wróg i egzystencjalne zagrożenie. Konsekwencje tego zaniechania – słynnego braku strategicznej wizji i bieżącego kunktatorstwa – ponosimy na co dzień.
Neoimperialna, antyzachodnia, barbarzyńska Rosja jest zarówno rzeczywistym, jak i idealnym narracyjnie wrogiem. To ważne – liberalny patriotyzm nie musi być pusty i sprowadzać się do nudnego płacenia podatków i segregacji śmieci. Każda dobra opowieść wymaga wyrazistego antagonisty. Tymczasem kompletnym absurdem jest sytuacja, w której rosyjskie zagrożenie niejako zblakło i od wielu miesięcy kłócimy się z broniącymi również nas Ukraińcami, a w prawicowej wizji świata demoniczne zagrożenie to także dybiące na nas Bruksela i Niemcy.
Ten specyficzny stan umysłu byłby nawet zabawny, gdyby nie tempo, w którym zdaje się rozpowszechniać w świadomości społecznej. Trzeba przywrócić elementarny porządek rzeczy, a realne zagrożenie wykorzystywać do kanalizacji nastrojów i społecznej mobilizacji, której na rzecz odporności i obronności kraju bardzo potrzebujemy.
Ambitny program wzmocnienia obronności kraju może stać się także katalizatorem rozwoju przemysłu i innowacji, ale nie musi być postulat prawicowy. Istotne są liberalizacja przepisów kształtujących relacje sił zbrojnych z przemysłem, faktyczne równouprawnienie prywatnych przedsiębiorstw zbrojeniowych, prywatyzacja państwowych molochów, współpraca z Ukrainą i partnerami europejskimi, szerokie zaangażowanie sektora cywilnego i promocja nowego, pozytywnego wizerunku polskich Sił Zbrojnych. Militaryzacja? Tak, w oparciu o wzorce z Ukrainy. Siła w obronie wolności, demokracji i praw człowieka; Polski, Europy i Zachodu jako wolnego świata.
Wyjąwszy martyrologię, narodowa mitologia niekoniecznie jest prawicowa, a jednym z jej symboli w tym kontekście może być się sienkiewiczowski bohater obrony Kamieńca Podolskiego, szkocki oficer Hassling-Ketling of Elgin. To także cudzoziemskie autoramenty piechoty, kozacy rejestrowi i petlurowscy żołnierze generała Bezruczki powstrzymujący konarmię Budionnego pod Zamościem w 1920 roku.
Nawiasem mówiąc, co robimy dziś, by wykorzystać doświadczenia ukraińskich weteranów w polskim wojsku?
Mental endecko-ruski
Po wystąpieniu Natalii Panczenko na manifestacji, mocni w przysłowiowej gębie i nacjonalistycznie wzmożeni patrioci z lubością wygrażali jej wirtualnymi pięściami, poczucie własnej wyższości i uprzywilejowania wywodząc wyłącznie z etnicznej polskości, faktu, na który nie mieli żadnego wpływu.
Bycie Polakiem to nie zasługa, to zobowiązanie. Smutne jest, że tak wielu naszych rodaków tego nie rozumie, a polskość traktuje jako pałkę do okładania “obcych”.
To nie jest Polska. To nie są wartości europejskie, to mentalny “ruski mir”, skrywający głębokie kompleksy stające się pożywką dla pogardy i nienawiści na podobnej zasadzie, na jakiej tak zwani incele nienawidzą kobiet. Ich polityczni idole pokazują tymczasem, że wstydliwe wcześniej uprzedzenia można z dumą spuścić z mentalnej smyczy.
Mój przyjaciel w rozmowie ze mną sparafrazował przypisywane Napoleonowi słowa: Grattez le Russe, et vous trouverez le Tartare (fr.: poskrob Rosjanina, a znajdziesz Tatara). Jak nie poskrobiesz endeka, wychodzi Rosjanin – stwierdził ostatnio. Mający swoje zasługi dla odzyskania przez Polskę niepodległości po wielkiej wojnie Roman Dmowski i jego akolici winni być dziś przestrogą, a nie wzorem do naśladowania.
Na potężną ironię zakrawa fakt, że nominalnie radykalnie antykomunistyczny PiS, w warstwie programowej coraz bardziej otwarcie głosi narodowy komunizm, a jego faktycznym duchowym patronem jawi się niesławny peerelowski minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar, ówczesny kontynuator polityki Dmowskiego. Dziś tym szlakiem podążają Kaczyński i Czarnek. Pisowskie postulaty masowej deportacji młodych ukraińskich mężczyzn z Polski jaskrawo przywodzą na myśl antysemicką nagonkę marca 1968 roku.
Uderza w tym najbardziej fakt, że mówimy już nie o marginesie, lecz polityce głównego nurtu. Ekstrema przejmuje debatę publiczną, a liberałowie – w swoim stylu – starają się przeczekać zawieruchę za bardzo się nie wychylając.
Brunatna przyszłość
Jeśli rządzący nie zatrzymają postępującej faszyzacji przestrzeni publicznej, historia nie będzie dla nich łaskawa, a po kolejnych wyborach poniosą konsekwencje swoich zaniechań – także osobiste. Istniejące prawo przewiduje instrumenty umożliwiające adekwatną reakcję, począwszy od banalnej penalizacji przemocy i przestępstw z nienawiści, po zakaz publicznego pochwalania wojny napastniczej (a zatem rosyjskiej agresji) oraz funkcjonowania partii i organizacji o znamionach faszystowskich i rasistowskich. Począwszy od artykułu 13. Konstytucji po Kodeks karny, trzeba z nich jednak korzystać, systemowo i w pełnym zakresie.
Stygmatyzacja, dyskryminacja, dehumanizacja – nieodłączne składowe faszyzmu – mają dziś swoich głównych rzeczników. Należą do nich Robert Bąkiewicz, Krzysztof Bosak, Grzegorz Braun, Przemysław Czarnek, Janusz Kowalski, Dariusz Matecki, Sławomir Mentzen, Konrad Berkowicz i ich partyjni towarzysze. Zrzeszają ich Konfederacja Korony Polskiej, Konfederacja, jak również kolektywnie dzisiejszy PiS, który w walce o rząd dusz na prawicy przywdziewa coraz bardziej brunatną maskę.
Swoje dokładają media – to nie studia telewizyjne i platformy społecznościowe, lecz sądy powinny służyć wyżej wymienionym za forum wypowiedzi. Ich działalność i poglądy nie zasługują na ochronę w ramach wolności słowa, a ich wyraziciele powinni zostać poddani resocjalizacji prawnokarnej, a w niektórych wypadkach także penitencjarnej.
Lata antyimigranckiej i antyeuropejskiej propagandy, w polityce głównego nurtu zapoczątkowane przez Jarosława Kaczyńskiego słowami o roznoszących pasożyty uchodźcach w 2015 roku, przyniosły żniwo.
Kierunek wyznacza dziś logika populistycznej eskalacji, a emocje podsycają algorytmy mediów społecznościowych nastawione na kontrowersje i sensacje. Społeczeństwo otwarte – z wydatną pomocą prowadzącej wojnę kognitywną przeciwko Zachodowi Rosji – uruchomiło mechanizm autodestrukcji. Dokładnie przed tym ostrzegał Karl Popper – oparte na wolności i tolerancji społeczeństwo nie może tolerować wrogów tych fundamentalnych wartości, bo w majestacie prawa doprowadzi ekstremistów do władzy. Doświadczenia historyczne są w tej materii jednoznaczne.
Zdelegalizować faszyzujące partie i bojówki
Narzędziem wykonawczym programowej ksenofobii coraz częściej stają się groteskowe bojówki uzurpujące sobie uprawnienia służb państwowych, od Straży Kamrackiej przez Ruch Obrony Granic po paramilitarną organizację “Bronimy Polskiej Granicy” Brauna. Na oczach całego kraju prowadzić samorzutne kontrole polskości i wymierzać uliczną sprawiedliwość próbują także poznańscy fani Janusza Korwin-Mikke i członkowie egzotycznej federacji “walki na gołe pięści” pod nazwą Gromda. Bo podejrzewana o “czczenie Bandery” Ukrainka miała czelność prowadzić działalność gospodarczą w Polsce, a jej rodaczka miała tupet zwrócić “prawdziwym Polakom” uwagę, że wpychają się do kolejki w sklepie. W wielu innych wypadkach wystarczy rozmowa po ukraińsku lub niewłaściwy akcent.
Rosnąca liczba tego rodzaju incydentów, którym towarzyszy zalew mowy nienawiści na portalach społecznościowych, wzbudza grozę i kieruje nas do postawionego wyżej pytania o odpowiedzialność i działania władz państwowych. Ich grzechem nie jest tylko zaniechanie, to także współudział w kreowaniu pogromowej atmosfery w imię chorej polityki “miękkiego populizmu”, przejmowania brunatnej agendy w wersji soft, by odebrać paliwo siłom ekstremistycznym. Ta polityka jest tyleż niemoralna, co nieskuteczna, a ekstremistów zamiast osłabiać legalizuje. Uwiarygadniając ich agendę, koalicja rządząca i jej liderzy sami tracą wiarygodność i alienują istotną część własnego, liberalnego i progresywnego elektoratu. Podróbka jest zawsze gorsza niż oryginał.
Dzięki wysiłkom prokuratora generalnego, ministra Waldemara Żurka, organy ścigania zaczynają bardziej energicznie zabierać się za ściganie przestępstw z nienawiści. Chwała mu za to, lecz to nie wystarczy. Rząd nie może ograniczyć się do punktowego, pokazowego działania i pohukiwań w pojedynczych nagłośnionych przez media atakach na Ukraińców w Polsce. Powtórzmy: sentyment społeczny w wydatnym stopniu kształtują – posiadający nieograniczony dostęp do mediów i społecznościowe zasięgi – politycy. Oznacza to, że bez delegalizacji faszyzujących partii i bojówek oraz pociągnięcia do odpowiedzialności ich liderów, życie publiczne będzie ulegać dalszej, dramatycznej degeneracji, a liczba ksenofobicznych napaści będzie rosnąć.
Pod dyktando Millera i Brauna
Podobnie, absolutnie nieproporcjonalne reakcje na łamanie przepisów porządkowych o wadze wykroczeń przez obywateli Ukrainy w Polsce, prowadzące do ich natychmiastowych deportacji, przyczyniają się do utrwalania uprzedzeń i ksenofobii, wzmacniając nastroje antyukraińskie. Państwo, które na szczeblu ministerialnym demonstracyjnie okazuje nieadekwatną siłę wobec wędkarza, który wyłowił suma z jeziorka na Gocławiu i kierowcy, który urządził sobie rajd nad Morskie Oko działa pod dyktando Leszka Millera i Grzegorza Brauna. Ostatecznym beneficjentem takich reakcji jest putinowska Rosja. Polska zostaje wystawiona na śmieszność.
Jeszcze bardziej żenująca i szkodliwa była sytuacja, w której parę tygodni temu polski rząd zaczął na poważnie licytować się z pisowską opozycją, która ekipa u władzy mniej pomogła Ukrainie. Ten sam charakter mają dumnie publikowane przez MSWiA i nieszczęsnego ministra Macieja Duszczyka informacje o działaniach i statystykach związanych z deportacjami cudzoziemców oraz przepisach i projektach utrudniających nabywanie polskiego obywatelstwa! To chora narracja rodem z alternatywnej, prawicowej rzeczywistości – faktycznie potrzebujemy liberalizować procedury legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców oraz ułatwiać uzyskiwaniu obywatelstwa. Dramatycznie potrzebujemy nowych Polaków.
W żaden sposób nie da się obronić odbierania świadczeń socjalnych samotnym ukraińskim matkom, a także ciężko chorym i niepełnosprawnym uchodźcom, co na użytek publiczny przedstawiane jest jako ochrona polskiego podatnika przed nadużyciami i twarda “polska” sprawiedliwość. Państwo które kieruje nieproporcjonalną uwagę i siłę wobec słabych i bezbronnych okrywa się hańbą. Co więcej, nie ma to realnego uzasadnienia budżetowego, jedynie polityczne. W kwestii szeroko rozumianej migracji rządzący nie rozwiązują realnych problemów, walcząc z wymyślonymi, w płonnej nadziei na podebranie tlenu faszystom. To zabawa z zapałkami, której moralny wymiar jest poza wszelką krytyką.
Bitwa o Polskę
Tej walki nie możemy oddać walkowerem, stawka jest zbyt poważna. W tej sytuacji konieczna jest alternatywa – albo społeczeństwo wymusi korektę polityki państwa, albo konieczne staną się nowe siły społeczne i polityczne. Od kilku tygodni, dzięki staraniom niezmordowanego białoruskiego aktywisty Dzmitryja Hałki, wspieranego przez byłego wydawcę “Gazety Wyborczej” Jerzego Wójcika i wielu ludzi dobrej woli, w całej Polsce kiełkują prężne, organizujące lokalne manifestacje i pikiety zalążki Ruchu Dobrosąsiedztwa. Ponad 80 organizacji pozarządowych złożyło projekt ustawy o ochronie uchodźców. Bitwa o Polskę odbywa się w duszach Polaków.
Brakującym, centrowym elementem na scenie politycznej staje się partia prawdziwie liberalna – gospodarczo i światopoglądowo, proeuropejska, proniemiecka i proukraińska – i pryncypialnie antyrosyjska. I – nie bójmy się tego powiedzieć – proimigrancka, stająca w obronie przyzwoitości, praw człowieka i realnych potrzeb gospodarki. Szereg “pro” jest tutaj nieprzypadkowy:
konieczny jest pozytywny program; sam “antypis” nie wystarczy.
W rozmowie z Jarosławem Kurskim na łamach “Gazety Wyborczej” Przemysław Krych alarmował, że Polska marnuje czas i doświadczenia ze skutecznej obrony Ukrainy przed Rosją. Brałem udział w opisywanych przez niego spotkaniach w Kijowie, co pozwala mi rozwinąć tę historię. Na jednym z nich doradca prezydenta Ukrainy, ze smutkiem i niemal rezygnacją, powiedział nam, że problem z polskimi delegacjami zaczyna się już od agendy: Ukraińcy chcą rozmawiać o technologiach i inwestycjach, a Polacy… o Wołyniu.
Rzeź wołyńska, podobnie jak katastrofa smoleńska, stała się dawno orężem politycznej wojny i narzędziem zbijania kapitału politycznego. Tymczasem przeszłości nie zmienimy, a przyszłość możemy zaprzepaścić. To okno możliwości jest wciąż otwarte – alternatywnie możemy urządzać się dalej w roli zakładników rodzimych, aspirujących faszystów. A następnie sami stać się ich ofiarami.
Nowoczesny patriotyzm
Nowoczesny patriotyzm to integracja europejska, ścisła współpraca z Niemcami, naszym największym partnerem handlowym i krajem absolutnie kluczowym w razie ataku na Polskę, i Ukrainą. Jej odbudowa może stać się wielkim impulsem rozwojowym, ale pod warunkiem, że zamiast kłótni o Banderę i historię sprzed 80 lat skupimy się na wymianie know-how, wspólnych projektach infrastrukturalnych, inwestycjach energetycznych i zbrojeniowych. I pod tym względem powinniśmy brać przykład między innymi z naszych zachodnich sąsiadów, którzy, porzuciwszy pacyfizm i rosyjskie mrzonki na tym polu, kierują się pragmatyzmem i determinacją w zacieśnianiu relacji dwustronnych.
Oś Niemcy-Polska-Ukraina mogłaby stać się nowym silnikiem starego kontynentu. Potencjał i synergie takiego aliansu są nieskończone. Potrzebujemy Trójkąta Wrocławskiego na wzór traktatu o współpracy trójstronnej z Niemcami i Francją z Weimaru.
Albo będziemy wspólnie z Ukraińcami robić interesy i inwestycje i, przede wszystkim, ściśle współpracować w dziedzinie obrony i bezpieczeństwa, albo stracimy historyczną szansę i ułatwimy robotę Putinowi. Możemy z wigorem wdrażać bezcenne dla nas wojenne doświadczenia i uczynić osią relacji dwustronnych realne, konstruktywne projekty, lub pogrążać się w samozadowoleniu, poczuciu moralnej i cywilizacyjnej wyższości oraz odmętach nacjonalistycznego szaleństwa.
Przestrzegająca przed “Polską dla Polaków” Natalia Panczenko ma rację. Polska nie jest samotną, samowystarczalną wyspą. Nasza ojczyzna będzie inkluzywna i wielonarodowa, albo nie będzie jej wcale, a z dzisiejszego polskiego złotego wieku zostanie nam przyśpiewka o złotym rogu.
Źródło: wyborcza.pl

