Prezeska Fundacji Otwarty Dialog, urodzona w Sewastopolu, uważa, że „nie można winić nikogo w Ukrainie za to, że mówi po rosyjsku”. I że choć „Ukraina zwycięży, trauma tej wojny pozostanie częścią naszej historii”.
Pamięta dzieciństwo, w którym czuła się kimś obcym we własnym kraju. Sewastopol (na Półwyspie Krymskim) znajdował się w Ukrainie – tak wynikało z mapy – lecz na co dzień mówiło się tam wyłącznie po rosyjsku. „Nie było ukraińskich książek, ani biblioteki… a ja chciałam tylko czytać poezję, organizować spotkania, żeby dyskutować o literaturze, i w Sewastopolu było to niemal niemożliwe”. Ucisk Moskwy sięga daleko w historii jej rodziny: „Moja babcia została uznana za wroga państwa i trafiła do Archangielska oraz do obozu w Karagandzie; uciekła i dotarła do Sewastopola. By tam przetrwać, zmieniła nazwisko. Dorastałam z tą pamięcią”.
Sewastopol jest w jej umyśle nieustannym wspomnieniem. Ma świadomość, że w Europie utrwaliło się przekonanie, iż bez względu na okoliczności Krymu – jej domu – nie da się odzyskać. „To kwestia czasu, kwestia możliwości geopolitycznych, a widzieliśmy, jak wiele represji tam było”, co dla niej ma znaczenie samo w sobie: „Jeśli są represje, to znaczy, że jest tam coś żywego, co trzeba tłumić”.
Odzyskanie tych terytoriów przez Kijów – oprócz militarnego zwycięstwa nad Rosją w każdym z nich i traktatu, który by to umożliwił – mogłoby napotkać sprzeciw części lokalnej ludności. „Wszystko znów zależy od polityki językowej” – wyjaśnia Kozlovska, opowiadając się za podejściem elastycznym: „Tylko dlatego, że ktoś używa tego języka, nie uważam, że należy go za to obwiniać”. Wie, że „dla wielu Ukraińców to, co mówię, może być bardzo kontrowersyjne, ale przyjdzie moment, w którym będziemy musieli się tym zająć – tylko nie teraz”. Teraz w wielu sytuacjach „wstyd jest mówić po rosyjsku… Nie dlatego, że Ukraina dyskryminuje, ale dlatego, że nikt nie chce kojarzyć się z rosyjskimi okrucieństwami”.
Przez długi czas „język rosyjski był bronią kojarzoną z okrucieństwami. Ale nadal jest pewnym kodem”, równie ważnym jak każdy inny. Kozlovska sama używa rosyjskiego, „aby rozmawiać z ludźmi z Azji Centralnej: jeśli chcę dokumentować omijanie sankcji i wspierać aktywistów pomagających Ukrainie, wielu z nich nie mówi po angielsku”. Dlatego jedni i drudzy używają tego języka „jako narzędzia do budowania mostów”. Dodaje też, że „na terytoriach okupowanych nie można winić ludzi za to, że używają rosyjskiego. Wszystko będzie zależeć od polityki językowej”.
Wie, że pewnego dnia znów będzie mogła chodzić po Europie bez strachu: „Nie jeżdżę do Ukrainy ze względów bezpieczeństwa. W 2018 roku zostałam uznana za ‘zagrożenie’ w Polsce, Kazachstanie i Mołdawii. Był moment, że śledziło mnie nawet 18 osób, nieustannie otrzymywałam groźby śmierci”.
Ogólnie rzecz biorąc, jej kraj nigdy już nie będzie taki sam. Nawet gdy nadejdzie pokój, życie nadal będzie trudne: „Wojna pozostawia fizyczne i psychiczne traumy, które staną się częścią naszej historii. Ale bronimy się i jestem przekonana, że Ukraina zwycięży”. Potem jednak „przyjdą pokolenia, które będą musiały przejść przez proces rehabilitacji… to nieuniknione”.
Źródło: elmundo.es

