Rewolucja U: Czego nauczył się Egipt u studentów, którzy obalili Miloszevicia

Na pierwszą niedzielę kwietnia 2008 r. robotnicy państwowych zakładów włókienniczych w egipskim mieście Al-Mahalla al-Kubra zapowiedzieli strajk przeciw rosnącym cenom żywności i niskim płacom. Grono młodych ludzi zaproponowało wówczas na Facebooku, żeby 6 kwietnia w całym Egipcie zorganizować akcje solidarności z włókniarzami. Grupa na Facebooku urosła szybko do ok. 70 tys. członków.

Online poszło gładko, trudniej na ulicy. Kiedy policja brutalnie rozbiła strajk w fabryce w Mahalli, protestujący wylegli na ulice miasta. Wznosili okrzyki i podpalali budynki, policja zastrzeliła co najmniej dwie osoby. Solidarnościowe protesty w kraju zostały rozpędzone, bo facebookowi organizatorzy nie uzgodnili taktyki: ludzie chcieli coś zrobić, ale nikt nie wiedział co.

Akcja 6 kwietnia była lekcją poglądową ukazującą granice sieci jako narzędzia demokratycznej rewolucji. Przez Facebook można zwołać dziesiątki tysięcy zwolenników online, ale trudno ich zorganizować, kiedy się wylogują. To użyteczny sposób zgromadzenia ludzi, którzy no właśnie, co? Organizatorzy 6 kwietnia nie znali odpowiedzi. Latem 2009 r. 20-letni bloger Mohammed Adel pojechał dowiedzieć się tego do Belgradu.

Stolica Serbii jest siedzibą Centrum Działań Praktycznych i Strategii Non Violence CANVAS - organizacji młodych Serbów, którzy pod koniec lat 90. zorganizowali studencką rebelię. Po obaleniu Slobodana Miloszevicia postanowili wyeksportować swój sukces do innych krajów. Potępili ich za to Hugo Chávez i Aleksander Łukaszenka, ale dla młodej opozycji demokratycznej od Harare po Rangun, Mińsk i Teheran młodzi Serbowie to bohaterzy. Współpracowali z obrońcami demokracji w 50 krajach. Doradzali młodzieży, jak mierzyć się z najgorszymi reżimami świata i młodzież ta zwyciężała - w Gruzji, na Ukrainie, w okupowanym przez Syrię Libanie, na Malediwach i teraz w Egipcie.

W Belgradzie Adel odbył tygodniowy kurs strategii rewolucyjnej non violence. Dowiedział się, jak organizować ludzi - nie w komputerze, tylko na ulicach. A co najważniejsze, nauczył się uczyć innych. 

Kilka tygodni temu Ruch Młodzieżowy 6 Kwietnia i zbliżona do niego grupa Kefaya zorganizowały 18-dniowe pokojowe powstanie, które zakończyło się 11 lutego rezygnacją Hosniego Mubaraka. Według agencji Stratfor oba ugrupowania "faktycznie kierowały wyprowadzeniem na ulice protestujących". Z podręczników CANVAS wiedzieli, "jak kierować pokojowymi demonstracjami, jak unikać przemocy, jak stawiać czoła atakującym siłom bezpieczeństwa" - opowiadał Adel w wywiadzie dla Al-Dżaziry. "Byliśmy zdumieni, że tak małym nakładem udało się im tak wiele" - powiedział mi jeden z liderów CANVAS Srdja Popović.

W przeszłości rewolucje wykorzystywały siły geopolityki - do upadku reżimów w Ameryce Łacińskiej i dawnym bloku wschodnim przyczyniło się wycofanie poparcia supermocarstw dla tamtejszych dyktatur i utrwalenie się liberalnej demokracji jako modelu globalnego. Ale konflikt ideologii się skończył, a mnóstwo dyktatur pozostało. Co robić?

Recepta brzmi: zwrócić się do CANVAS, która wypracowała model pokojowej rewolucji. Ludzie z CANVAS podkreślają rolę jedności, dyscypliny i planowania, zwykle lekceważonych przez pokojowe rewolucje. Wiele wydarzeń wzbudza gniew społeczeństw żyjących pod dyktatorskimi rządami - skok cen ropy, zamordowanie opozycyjnego przywódcy, obojętność władz podczas klęski żywiołowej, skonfiskowanie przez policję furmanki warzyw. Zwykle ten gniew się wypala. Tylko przygotowana opozycja umie wykorzystać takie wydarzenia do obalenia rządu.

- Rewolucje wyglądają na spontaniczne - powiedział mi były instruktor CANVAS Ivan Marović. - Wydaje się, że ludzie po prostu wyszli na ulice. A naprawdę to efekt miesięcy lub lat przygotowań. 

CANVAS nie jest pierwszą organizacją przekazującą ofiarom dyktatur umiejętności potrzebne do ich obalenia. Od początku zimnej wojny USA i ich sojusznicy opłacali demokratyczne organizacje na całym świecie. Sama żyłam pod dwiema dyktaturami - w Chile Augusto Pinocheta i Nikaragui sandinistów - i mnóstwo ich widziałam w działaniu. Ale nigdzie nie widziałam czegoś takiego jak CANVAS.

Tradycyjne grupy demokratyczne współpracują z partiami opozycyjnymi i instytucjami społeczeństwa obywatelskiego. CANVAS woli współpracować z nowicjuszami, bo w warunkach dyktatury oficjalne partie i organizacje są zwykle zmęczone i uwikłane. Nadzieją są idealistyczni outsiderzy, często studenci. 

Początki CANVAS sięgają października 1998 r., kiedy Popović - wówczas 25-letni student biologii na Uniwersytecie Belgradzkim - zaprosił do belgradzkiej kawiarni kilkoro kolegów. Rządzący od dziewięciu lat Miloszević wszczął i przegrał trzy wojny, przymierzał się do czwartej w Kosowie. Popović działał od kilku lat w studenckiej opozycji, lecz jej wysiłki nie przyniosły niczego. - To było spotkanie zdesperowanych przyjaciół - wspomina Popović. Nazwali swoją grupę Otpor.

Opozycyjne sondaże wskazywały, że większość Serbów woli, by Miloszević został na stanowisku, bo próba usunięcia go wydawała się zbyt ryzykowna. Jednak otporowcy zrozumieli, że młodzi ludzie zaangażowaliby się w politykę, gdyby poczuli się bohaterami czegoś wielkiego - i fajnego. To była postmodernistyczna rewolucja. - Zaproponowaliśmy inny styl życia i tożsamość - tłumaczył mi Marović. - Chcieliśmy, żeby polityka była sexy.

Otpor proponował: zbiorowe kierownictwo i żadnych mów. Inspirował się Gandhim i Martinem Lutherem Kingiem, ale też prostym, optymistycznym przesłaniem Coca Coli. Logo Otporu stała się wystylizowana pięść - ironicznie zawłaszczony symbol serbskiej partyzantki z czasów II wojny światowej, znak wszystkich komunistów.

Otpor wystrzegał się marszów i wieców - po części z konieczności, bo bez serwisów społecznościowych nie umiał skrzyknąć dość ludzi. Partyjną pompatyczność zastąpił estetyką telewizyjnego show - jego przywódcy wyrośli na "Latającym cyrku Monty Pythona". Codzienna działalność polegała na teatrze ulicznym i happeningach relacjonowanych w opozycyjnych mediach. 

W najsławniejszym happeningu toczyli beczułkę z wizerunkiem Miloszevicia zatłoczoną ulicą, proponując przechodniom, by wrzucili monetę, to wolno im będzie walnąć Slobo kijem. Reakcja władz na taki happening tak czy inaczej wypadnie głupio - jeśli pozwolą toczyć beczkę, okażą słabość. Jeśli poślą policję, otporowcy rozbiegną się, a opozycyjna telewizja pokaże, jak policja aresztowała beczkę i ładowała do radiowozu. 

Ilekroć aresztowano otporowca, organizacja wysyłała pod komisariat hałaśliwy tłum. Wychodzących witała chmara opozycyjnych dziennikarzy i wznoszący radosne okrzyki tłum przyjaciół. O ile noszenie czarnej koszulki z pięścią awansowało na rewolucjonistę, o tyle areszt czynił otporowca prawdziwą gwiazdą rocka.

Po dwóch latach 11-osobowy Otpor miał już ponad 70 tys. fanów. "Zrobili jedną wspaniałą rzecz - wpoili rodakom poczucie, że zmiany są nieuchronne" - ocenił wysłannik administracji Clintona na Bałkany James O'Brien. Kiedy we wrześniu 2000 r. prezydent Miloszević ubiegał się o reelekcję, długa kampania Otporu - i próby zdławienia jej - ośmieliła i zjednoczyła opozycję. Kiedy prezydent odmówił uznania zwycięstwa opozycyjnego kandydata Vojislava Koštunicy, zdyscyplinowane protesty bez przemocy przekonały siły bezpieczeństwa, by nie wykonały rozkazu Miloszevicia otworzenia ognia do demonstrantów. 6 października prezydent podał się do dymisji.

Parę miesięcy po obaleniu Miloszevicia do przywódców Otporu zaczęli dzwonić działacze demokratyczni z różnych krajów. Jeden z założycieli organizacji, Slobodan Djinović, spotykał się potajemnie na Białorusi z tamtejszym ruchem studenckim, który jednak został szybko zinfiltrowany i upadł. Więcej szczęścia miał Djinović w Gruzji, gdzie powstał ruch studencki pod nazwą Kmara! (Dość!). W 2002 r. Djinović i inni otporowcy zaczęli odwiedzać jego członków. Kiedy w listopadzie 2003 r. prezydent Eduard Szewardnadze sfałszował wybory parlamentarne, do ustąpienia zmusił go kierowany przez Kmarę ruch nazwany potem rewolucją róż. Po niej przyszła pomarańczowa rewolucja na Ukrainie, gdzie działacze Otporu od miesięcy doradzali młodzieżowej organizacji Pora (Już Czas).

W 2003 r. podczas podróży do RPA na warsztaty dla Zimbabweńczyków Djinović i Popović założyli CANVAS. Popović był już wtedy posłem, ale oddał mandat i wybrał karierę rewolucjonisty. Djinović założył w 2000 r. pierwszą serbską firmę oferującą bezprzewodowy dostęp do internetu i był na dobrej drodze do zostania telekomunikacyjnym magnatem. Dziś stoi na czele największej serbskiej spółki internetowo-telefonicznej i opłaca z własnej kieszeni połowę kosztów funkcjonowania CANVAS. 

Centrum zatrudnia dziś czterech pracowników. Instruktorami są działacze zwycięskich ruchów demokratycznych z pięciu krajów. CANVAS uczestniczyło w niektórych warsztatach finansowanych przez OBWE, Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju, międzynarodową organizację pozarządową Humanity in Action i finansowaną przez rząd USA grupę Freedom House. Ale woli trzymać się z dala od Waszyngtonu, po części wskutek doświadczeń Otporu. Jak cała antymiloszeviciowska opozycja Otpor brał pieniądze od rządu USA i kłamał, że nie bierze. Kiedy po upadku Miloszevicia prawda wyszła na jaw, niektórzy członkowie ruchu poczuli się zdradzeni i odeszli.

CANVAS pracowało dotąd głównie z działaczami z krajów umiarkowanie autorytarnych, jak Gruzja Szewardnadzego. Postanowiłam jednak przyjrzeć się pracy Popovicia i Djinovicia z działaczami z Birmy - doświadczeniu, które podda ich idee najsurowszemu testowi.

Bo Birma to reżim bezwzględnie rozprawiający się z opozycją. W 1962 r. pucz generała Ne Wina położył kres demokratycznym rządom. W 1988 r. antyrządowe demonstracje zostały utopione we krwi. Dwa lata później odbyły się wolne wybory, kiedy jednak przytłaczające zwycięstwo odniosła Liga na rzecz Demokracji pani Aung San Suu Kyi, reżim je unieważnił.

We wrześniu 2007 r. rząd zniósł bez zapowiedzi dotacje do ropy i ceny niektórych paliw skoczyły o 500 proc. Kiedy siły bezpieczeństwa pobiły protestujących przeciw podwyżkom buddyjskich mnichów, 24-letni Ashin Kovida z Rangunu sprzedał swoje mnisie szaty, by wydrukować ulotkę, w której wezwał na pochód wszystkich mnichów z ranguńskich klasztorów. 19 września ok. 400 mnichów, do których dołączyli studenci, wzięło udział w wydarzeniu nazwanym potem szafranową rewolucją. 

Kovida - dziś na emigracji w Kalifornii - powiedział mi, że zainspirował go dokument o upadku Miloszevicia "Obalenie dyktatora", który krążył nielegalnie po jego kraju. Jesienią 2007 r. uznał, że władze nie odważą się strzelać do mnichów. Mylił się. Zginęły dziesiątki ludzi, aresztowano tysiące mnichów i zakonnic, niektórych skazano na ponad 60 lat więzienia. Birmańska opozycja ucichła. Wybory w listopadzie 2010 r. przyniosły jedynie pozorne zmiany.

Jednak zeszłego roku 14 Birmańczyków, w większości bardzo młodych, przyjechało na warsztaty odbywające się w pewnym zagranicznym hotelu. Organizatorem był doświadczony opozycjonista używający pseudonimu K2. Było to dla CANVAS nowe doświadczenie - centrum współpracowało dotąd z birmańskimi uchodźcami, ale ci mieszkali w kraju i nie znali się nawzajem. Popović prowadził kiedyś zajęcia z młodzieżą z partii opozycyjnej i grup pozarządowych z Zimbabwe. Wszyscy byli przeciwnikami dyktatora Roberta Mugabego, ale nienawidzili się wzajemnie. Zamiast współpracy była więc "nieustanna wojna".

Im mniej zaawansowany jest ruch demokratyczny w danym kraju, tym dłużej rozkręcają się uczestnicy warsztatów. Zdaniem Serbów najszybciej załapywali, w czym rzecz, Gruzini i Wietnamczycy, najtrudniej było z Białorusinami i północnymi Koreańczykami. - Świetni młodzi ludzie zebrali się w wielkim hotelu w Seulu - wspomina Popović. - Pracowaliśmy przez dwa dni, a ja nie miałem bladego pojęcia, jak nam idzie. Zawsze ten sam wyraz twarzy. To było straszne.

Program CANVAS powstał na użytek dwóch pierwszych konfliktów, z którymi mieli do czynienia - w Zimbabwe i na Białorusi. Uczestnicy z Bliskiego Wschodu mówią czasem, że te strategie nie pasują do świata islamu. Jednak jedyne sukcesy CANVAS poza terenem byłego ZSRR to Liban i Malediwy, oba zdominowane przez muzułmanów.

Birmańczycy stanowili najpoważniejsze wyzwanie, przed jakim stanęło CANVAS w krajach, w których nie było silnej opozycji. Wyzwaniem tym są bierność, fatalizm i strach. - Na każdym warsztacie ktoś podchodzi do mnie i mówi: "Nasz przypadek jest szczególny" - Djinović próbuje przekonać Birmańczyków, że im też się może udać. Słychać nerwowy śmiech. Człowiek dość szalony, by toczyć po ulicy beczkę z wizerunkiem Thana Shwego, ryzykowałby nie parę godzin, tylko wiele lat więzienia. O czym więc Serbowie chcą z nimi rozmawiać?

O wielu sprawach. Część uczestników przyznaje, że dla nich non violence to bierność - może lepsza moralnie, ale naiwna. Popović tłumaczy: "Chcę, żebyście spojrzeli na walkę bez przemocy jako rodzaj wojny, z tą różnicą, że toczy się ją bez broni". Nieważne, czy non violence jest moralna, czy niemoralna, ważne, że jest niezbędna strategicznie. Przemoc to chleb powszedni każdego dyktatora. Ale założyciele Otporu wiedzieli, że przemocą nigdy nie zdobyliby szerokiego poparcia, że w każdej demokratycznej batalii trzeba w końcu pozyskać klasę średnią i zneutralizować siły bezpieczeństwa.

Djinović i Popović ostrzegali Birmańczyków, że z pochodami i manifestacjami trzeba poczekać, aż opowie się za nami większość. Jeśli przyjdzie za mało chętnych, ruch straci wiarygodność. Na pochodach aresztuje się, bije i strzela do ludzi. Władze próbują prowokować przemoc. Jeden nieudany pochód może zniszczyć ruch. Słuchacze pokiwali głowami. - Wiec w Rangunie to szaleństwo - ocenił Djinović.

Jeśli nie pochody, to co? Serbowie pokazali uczestnikom fragmenty „A Force More Powerful”, dokumentalnego serialu o non violence - marszu solnym Gandhiego, kampanii w RPA przeciwko apartheidowi, sit-ins w barach szybkiej obsługi i bojkocie autobusów w ramach walki Amerykanów o prawa człowieka. Po projekcji Popović polecił uczestnikom wymienić metody, które zauważyli, jak ulotki, transparenty, bojkot, pikiety, muzyka. 

- Coś łączy RPA z Birmą? Zero wolnych mediów - powiedział Popović. - Jak więc roześlecie wiadomość? - Pieśni - rzucił wąsaty mężczyzna. - Modlitwy i pogrzeby - zaproponowała kobieta w średnim wieku. - A co jest szczególnego w pogrzebach? - podchwycił Popović. - To jedyne okazja, żeby się spotkać - odparł młody chłopak. - Pogrzeby stanowią problem dla waszych przeciwników - potwierdza Popović. - Naprawdę trudno potraktować gazem łzawiącym kondukt.

Kolejny pomysł Serbowie wzięli od amerykańskiego politologa Gene Sharpa, autora książki "From Dictatorship to Democracy", zwanym Clausewitzem non violence. Z jego ideami zaznajomił Popovicia wiosną 2000 r. Robert Helvey, były pułkownik armii USA, który był w latach 80. attaché wojskowym w Rangunie. Kiedy poznał działaczy Otporu, liczył on już 20 tys. aktywnych członków, ale liderzy nie wiedzieli, jak przekuć popularność w klęskę Miloszevicia. Helvey streścił im myśl Sharpa: reżim utrzymuje się dzięki posłuszeństwu rządzonych, jak gmach wsparty na filarach. Trzeba przenieść filary Miloszevicia do obozu opozycji.

Jednym z filarów reżimu byli ludzie starzy, od lat społeczna baza Miloszevicia. Jednak ciągłe aresztowania 16-latków z Otporu zaczynały złościć ich babcie. Drugim filarem była policja - tę Otpor traktował zawsze jak przyszłego sojusznika, jego członkowie dostarczali do komisariatów ciasteczka i kwiaty, co czasem filmowała kamera TV. 

Serbowie zaprezentowali Birmańczykom wymyślony przez Djinovicia "wykres sił". Prowadzący poprosił uczestników, żeby wymienili różne wpływowe grupy społeczne, a następnie określili na osi czasu stopień ich lojalności wobec reżimu. Chodziło o to, żeby zobaczyć, jakie wydarzenia w najnowszej historii Birmy zmieniały ich postawy. Uczestnicy stawiali się w położeniu birmańskiej policji, robotników, kobiet i innych. Czego chcą? Tak więc uczniowie chcieli prywatnych szkół, ludzie biznesu wiarygodnych banków, chłopi dopłat rolnych. Interesujące jest, czego zabrakło. - A gdzie demokracja, prawa człowieka? - spytał Popović, wskazując na przypiętą do ściany listę. - Ludzie mają to w dupie. Pamiętacie marsz solny Gandhiego? Hasło nie brzmiało: "Angole do domu". Brzmiało: "Chcemy warzyć sól".

Tego wieczora Birmańczycy zorganizowali spotkanie w pokoju K2, żeby porozmawiać otwarcie we własnym gronie. Przedstawili się sobie nawzajem i ustalili reguły działania grupy. Skończyło się na graniu na gitarze "Dust in the Wind" i śpiewach do trzeciej nad ranem.

Tematem następnej sesji było zastąpienie „taktyki koncentracji” - wieców, demonstracji, pochodów - bezpieczniejszą taktyką rozproszenia. Serbowie opowiadali o chilijskich cacerolazos, czyli waleniu w garnki, dzięki czemu ludzie dowiadywali się, że sąsiedzi też nie lubią Pinocheta. Wyjaśniali ideę „kłopotliwych akcji”, jak happening z beczką. - Zróbcie coś małego, byle skutecznie - tłumaczył Popović. - Werbujcie ludzi, szkolcie ich i utrzymujcie w stałej aktywności. Uderzajcie, ogłaszajcie zwycięstwo i wynoście się. Udział w małych zwycięstwach rodzi pewność siebie. Walka bez przemocy zmienia to, jak ludzie widzą siebie. 

Birmańczycy nie byli przekonani. - Jeśli wszyscy postawimy świece w oknach - mówi młody człowiek - to może nie uda im się aresztować 10 tys., ale wybiorą jakiegoś biedaka i wsadzą całą rodzinę razem z dziećmi.

Birmańczycy podzielili się na małe grupy, żeby wymyślić własne "kłopotliwe akcje". Pierwsza grupa zajęła się problemem śmieci, które władze w Rangunie przestały wywozić. Zaproponowali, żeby zacząć od 20 młodych ludzi, którzy zaczną rozdawać rękawice i maski oraz zachęcać innych do przyłączenia się. Potem wszyscy pójdą do magistratu, gdzie złożą list otwarty podpisany przez wpływowe osoby i powiedzą: "Teraz to wasz problem".


- OK, tworzycie instytucje równoległe - powiedział Popović. - To była strategia Adama Michnika dla polskiej "Solidarności", to hasło Jacka Kuronia: zamiast palić, komitety zakładajcie własne. - Więc co zrobicie, kiedy powiedzą, że ich to nie obchodzi? - Zrzucimy śmieci przed magistratem - zaproponował ktoś. Popović się zaśmiał. - Za duże ryzyko. Sfotografujcie śmieci i pokażcie zdjęcie władzom.

Członkowie kolejnej grupy prezentującej swój pomysł zdjęli buty. Występująca w ich imieniu młoda kobieta zaproponowała "kampanię bosych" przypominającą o bosonogich mnichach i szafranowej rewolucji. Pomysł polegał na tym, żeby stu młodych ludzi, którzy porozumieliby się przez e-mail i serwisy społecznościowe, chodziło boso w miejscach publicznych. - Możemy zacząć od pagód, tam i tak nikt nie nosi butów. Potem ludzie mogliby przechodzić przez farbę, zostawiając wszędzie ślady stóp.

- A co zrobicie, jak zaczną się aresztowania? - spytała kobieta w starszym wieku. - Dla bezpieczeństwa ludzie mogą nosić ze sobą sandały z urwanym rzemykiem - zaproponował młodzieniec o twarzy cherubina. - Albo powiemy, że idziemy pobiegać.

Ślady stóp mogły doprowadzić policję do ofiary. Kobieta w średnim wieku wpada na pomysł: - Jest mnóstwo bezpańskich psów i kotów. Możemy postawić talerzyki z farbą przed ich kryjówkami, żeby przez nie przechodziły. Koty i psy jako żołnierze demokracji! 

Spojrzeli po sobie i przybili sobie piątkę.

Pod koniec tygodnia grupa obejrzała "Birmę VJ", film z 2008 r. duńskiego reżysera Andersa Ostergaarda o podziemnej grupie birmańskich dokumentalistów, których materiały przemycane za granicę były jednym z nielicznych źródłem informacji o wydarzeniach w tym kraju. Film rozgrywa się podczas szafranowej rewolucji, ukazuje tygodnie, które dla wielu Birmańczyków były najważniejsze w ich życiu. Jednak po tygodniowym warsztacie CANVAS oglądają go na nowo.

Po filmie Djinović staje przed grupą. - I co myślicie? - pyta. Młody człowiek o twarzy cherubina jest zdumiony. - To nie było zorganizowane! - mówi. - Ludzie wyszli spontanicznie na ulice, żądając rzeczy nieosiągalnych - wyjaśnił Djinović. - Nasza rada jest taka, byście o walce bez przemocy pomyśleli inaczej, niż zobaczyliście na tym filmie.

Zapadła cisza.

- Wtedy zrozumiecie, co trzeba zrobić - dodał.

CANVAS pracowało z działaczami z 50 krajów, jednak nie ma na swym koncie 50 rewolucji. Najbardziej prozaicznym powodem jest to, że ludzie, których szkoli, to często nie ci, którzy kierują ruchem. Niektórzy, np. gruzińscy i ukraińscy opozycjoniści, postanowili wzorować się na Otporze. W Iranie grupki wychowanków CANVAS organizowały skuteczne akcje, jednak przywódcy zielonej rewolucji nie zdecydowali się na taktykę Otporu.

Głębszym powodem jest to, że społeczeństwo zamknięte, które rozpaczliwie potrzebuje silnego ruchu prodemokratycznego, ma najmniejsze szanse na jego stworzenie. Kiedy birmański warsztat dobiegł końca, zapytałam tych, którzy zaproponowali "kampanię bosych", czy po powrocie wypróbują swój pomysł. - Strategia jest wspaniała, cenna, świeża - powiedzieli - ale nie dla nas. - Nie jestem pewna, czy się do tego nadaję - powiedziała kobieta, która do protestów chciała wykorzystać psy i koty.

Zdaniem Serbów skala represji w danym kraju nie jest decydująca. Popović tłumaczył Birmańczykom, że dobrze zorganizowany, oddany sprawie ruch demokratyczny może stopniowo zyskać dość wolności, by móc działać. - Przestrzeń polityczna nie jest dana z góry, trzeba ją zdobywać - powiedział. W Serbii łatwiej było działać w 2000 r. niż w 1991 r., bo przez ten czas opozycja wywalczyła istotne koncesje. Zmusiła np. Miloszevicia do uznania wyniku wyborów w 1996 r., które oddały lokalne stacje telewizyjne w ręce opozycji. 

Czy podobnie może być w Birmie? Tam zdobywanie przestrzeni politycznej może potrwać dziesiątki lat i nie ma gwarancji, że kraj pójdzie we właściwym kierunku.

Jednak Birma to przypadek skrajny. Większość autorytarnych reżimów bardziej przypomina Serbię Miloszevicia i Egipt Mubaraka, autorytarne rządy dopuszczające opozycyjne media i partie. Algieria, Angola, Kambodża, Etiopia, Kazachstan, Nikaragua, Rosja i Wenezuela realizują ten właśnie model. Choć więc Serbowie nie przywiozą rewolucji w walizce, ich strategia może zwiększyć szansę wykorzystania przez opozycję momentu, w którym zachwieje się dyktatura.

Tak się stało w Egipcie. Ruch 6 Kwietnia słyszał o Otporze i wybrał na swoje logo pięść jeszcze przed belgradzką wyprawą Mohammeda Adela. Przeszedł on taki sam kurs jak Birmańczycy. Teraz na pierwszej stronie serbskiej gazety pojawiło się zdjęcie egipskich demonstrantów powiewających flagą ze znajomym logo. "Pięść Otporu grozi Mubarakowi?" - pytała gazeta. Kiedy świat zobaczył migawki z kairskiego placu Tahrir, na których demonstranci sadzają dzieci na czołgi, Popović przypomniał sobie "wykres sił" Adela, na którym wojsko zajmowało szczególnie wysoką pozycję. 

Nie spotkali więcej Adela, ale młody Egipcjanin utrzymuje kontakt e-mailowy, do domu zabrał kilka kopii "Obalenia dyktatora" z arabskimi podpisami, ściąga z sieci książki. Zorganizował w Egipcie miniwarsztat wzorowany na CANVAS. Kładzie nacisk na jedność, dyscyplinę non violence, jasność celu i zaangażowanie członków.

Tuż po wybuchu demonstracji 25 stycznia po Kairze krążyła 26-stronicowa broszura "Jak protestować inteligentnie" przypisywana Ruchowi 6 Kwietnia. Wskazywała cele: zająć budynki rządowe, pozyskać policję i wojsko, chronić demonstrantów. Zalecała nosić róże, wznosić pozytywne hasła, zbierać się we własnej dzielnicy i zachęcać policjantów do przejścia na stronę opozycji, przypominając, że wśród demonstrantów mogą być ich krewni. Zawierała też praktyczne rady, jak się ubrać i co mieć z sobą do ochrony przed gazem i policyjną pałką. Sugerowała noszenie napisu: "Policja z narodem przeciw dyktaturze".

Protesty były wzorem jedności, tolerancji i dyscypliny bez przemocy. Różne ugrupowania odłożyły własne flagi i symbole, wznosząc jedną, egipską, i przemawiając w miarę możności jednym głosem. Demonstranci zamiatali plac i chronili sklepy, zatrzymywali szabrowników, każąc oddać zrabowane towary. Koptyjscy chrześcijanie utworzyli ochronny mur wokół modlących się muzułmanów, a podczas chrześcijańskiej mszy muzułmanie otoczyli ich kordonem. Razem obejmowali żołnierzy i wręczali policjantom róże. Śpiewali, nosili śmieszne kapelusze. Była w tym egipska serdeczność i taktyka prosto z podręcznika CANVAS.

CANVAS szkoliło opozycjonistów z niemal wszystkich krajów Bliskiego Wschodu. Ma tam na koncie jeden z największych sukcesów - Liban - i najbardziej rozczarowującą porażkę - Iran. Popović zastanawia się, co by było, gdyby irańska zielona rewolucja nie skupiła się na sfałszowanych wyborach, tylko zainscenizowała marsz solny, zwracając uwagę na bezrobocie, niskie płace i korupcję. W Iranie jest jak w Tunezji i Egipcie - młode, względnie dobrze wykształcone społeczeństwo i rządząca strachem, skorumpowana, autorytarna władza. 

- Rządy, które od dziesięcioleci opierają się na strachu, nie są elastyczne - mówi Popović. - Gdy ludzie przestają bać się policji i obejmują żołnierzy, władza traci filary. Boleśnie przekonał się o tym Hosni Mubarak.

Nie wiemy, jak pokonać strach Birmańczyków, jak przemienić bierne ofiary w odważnych bohaterów. Na Bliskim Wschodzie strach mija, a heroizm zaraża kolejne kraje. Żeby jednak upadły dyktatury w całym regionie, trzeba zarazić się od Egipcjan czymś więcej niż zuchwałością.

Przeł. Sergiusz Kowalski

Tekst ukazał się pod tytułem "Revolution U" w "Foreign Policy" 16 lutego i jest fragmentem przygotowywanej do druku książki "Join the Club: How Peer Pressure Can Transform the World".

Tina Rosenberg (ur. w 1960 r.) - amerykańska dziennikarka i pisarka, nagrodzona Pulitzerem za książkę "Kraje, w których straszy. Europa Środkowa w obliczu upiorów komunizmu", wyd. polskie Rebis, 1997

Więcej... http://wyborcza.pl/1,98077,9169249,Rewolucja_zaczela_sie_od_Kuronia.html?as=3&startsz=x#ixzz1FNavP487

Więcej na temat: Prawa człowieka, Egipt