Andrij Myseluk: Aplikacja Wiktor Wszechmogący: fatal error

W przededniu wyborów lokalnych zarówno od przedstawicieli opozycji, jak i z ust dziennikarzy można było usłyszeć obawy: a więc – mówili - gdy tylko skończą się wybory, wtedy dopiero się zacznie.

Owo „zacznie się” każdy rozumiał na swój sposób: jako kaskadę dymisji urzędników, którzy zbyt długo zajmowali swoje stołki, nasilenie się przedziału w gospodarce i ucisków na opozycję, dalsze ograniczanie praw (oraz obowiązku) mediów w informowaniu społeczeństwa…

Jednak w ciągu dwóch tygodni, które minęły po wyborach, władze nie zrobiły żadnego istotnego kroku. Zamiana lojalnego prokuratora generalnego Medwed’ka najbardziej oddanym Pszonką było zwykłym „ustawianiem precyzyjnym” całkowicie ukształtowanego mechanizmu władzy.

Biorąc do uwagi fakt, iż u Janukowycza tradycyjnie „kuleje” strategiczna wizja rozwoju kraju, przekonanym zwolennikom gier wielochodowych nie warto było nawet spodziewać się po prezydencie przemyślanego i wyważonego długoterminowego programu rozwoju.

Brak u „regionalów” wypracowanej poważnej bazy w tym zakresie – to jest właśnie ten program obowiązkowy. Przypomnijmy chociażby ten podręcznikowy przykład związany z terminami przygotowania i dogłębnego opracowania „strategii gospodarczej” nowo wybranego prezydenta.

Główną w tym przypadku wiadomością jest to, że prezydent nie podejmuje także poważnych kroków taktycznych. Przyczyna tego składa się z kilku czynników.

Po pierwsze, wraz z wyborami lokalnymi 31 października zakończył się okres arytmetycznej kumulacji uprawnień głowy państwa. Hasłem rewolucji październikowej, która rozpętała się po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w lutym i teraz, było: „Pełnia władzy – nie radom, lecz do rąk własnych Wiktora Fedorowycza Janukowycza”. A zatem, obecny prezydent ma więcej uprawnień od prezydenta Kuczmy. Opozycja tkwi w rozproszeniu i nie ma już takiego wpływu. Przejęto kontrolę nad potokami finansowymi. Władze lokalne stały się tzw. strukturami „kieszonkowymi” prezydenta. Jak niegdyś zażartowali rosyjscy humorzyści polityczni: oto „Wiktor Wszechmogący”.

Jednak, jednocześnie z zakończeniem kumulacji uprawnień ujawniła się rażąca dysproporcja pomiędzy zakresem władzy państwowej znajdującej się w rekach jednego człowieka i jego gotowością przyjęcia całego ogromu odpowiedzialności, odpowiedniego do tego zakresu władzy prezydenckiej.

Eksperci, opozycyjni politycy i nawet najbardziej rozważni spośród „regionalów” (chociaż półszeptem) uprzedzali już dawno temu, mówiąc: jeżeli prezydent dąży do kontrolowania wszystkiego, to znaczy, że pełnia odpowiedzialności za całokształt sytuacji w kraju spoczywa wyłącznie na nim. Nadszedł ten moment. Zacięcie spędzając opozycję do getta i namiętnie gromadząc coraz więcej uprawnień, prezydent osiągnął granicę z oznakowaniem „PEŁNA ODPOWIEDZIALNOŚĆ”.

Granica ta mogłaby być dobrym startem, gdyby Janukowycz rzeczywiście był zwolennikiem strategii generała Ch. de Gaulle’a, czyli zaprowadzenia porządku twardą ręką, lecz dla przeprowadzenia prawdziwych reform. Był to jednak finisz, podsumowanie okresu kolekcjonowania uprawnień dla nich samych.

Krajowy „de Gaulle”, jak pokazują dziewięć miesięcy rządów Janukowycza, przeprowadził czystki polityczne wyłącznie dla samego kumulowania władzy, a nie dla jakichś tam abstrakcyjnych reform niepopularnych, ograniczenia apetytów biznesowych własnego otoczenia i systematycznej dokładnej pracy.

 Natomiast, jeśli chodzi o piękne wypowiadanie się na temat reform – to w każdej chwili. Podobnie jak jego prekursor, Janukowycz z przyjemnością przemierza kraj opowiadając, jak z prędkością pojazdu wyścigowego Formuły 1 polepsza się życie za jego rządów. Z własną propozycją realizacji hasła swoich poprzedników „Nie słowem, lecz czynem” też prezydentowi się nie układa.

Wybudowana przez niego struktura tylko wydaje się bardzo potężna. W rzeczywistości zaś, obecna władza jest bardzo słaba i przypomina raczej olbrzyma na glinianych nogach, niż słonia w pełni sił. Dlatego nogi są gliniane, gdyż władza skuteczna kształtowana jest w kraju demokratycznym nie odgórnie, lecz oddolnie.

Taki organizm tętni życiem: działa w nim prężnie społeczeństwo obywatelskie, pełnią swoje funkcje niezależne od władzy sądy i masmedia, istnieje polityczna konkurencja, przejrzyste i racjonalne opodatkowanie, dialog władzy i społeczeństwa etc.

Jeszcze wiele można wymienić cech silnego europejskiego państwa oraz czym ono różni się od rudery wznoszonej przez słabe władzy krajowe, które nie są zdolne do przeprowadzenia chociażby jednej reformy, chociażby w jednej dziedzinie. Mogą tylko zaproponować substytut reformistyczny w postaci zapowiedzianej administracyjnego „przebudowania”. Dlatego substytut, ponieważ nawet w przypadku urzeczywistnienia pod patronatem Iryny Akimowej rozbudowanej koncepcji przeprowadzenia reformy, ilość urzędników państwowych po optymizowaniu struktur państwowych będzie jeszcze większa. Potwierdza to doświadczenie wszystkich poprzednich prezydentów ukraińskich.

Euro 2010. Totalny football według reguł donieckich.

Tak czy inaczej, ale władza już ponad pół roku bezustannie komunikuje społeczeństwu, że reformowanie rozpocznie się „tuż tuż”. Na Zachodzie długie opowiadanie o planach reformowania nie udaje się już bez ryzyka bycia zasypanym niezręcznymi pytaniami na temat sytuacji w kraju.

Ostrożne, aczkolwiek od zewnątrz przyjazne, relacje z Zachodem zostały odczuwalnie skorygowane w pierwsze miesiące rządów Janukowycza.

Po dobitnej prezentacji „uczciwych” – w rozumieniu Partii Regionów – wyborów, partnerzy europejscy i amerykańscy nie mogli zamykać oczu na specyfikę rządów obecnej władzy, w tym także na problemy biznesu zachodniego na Ukrainie. Nie można było też udawać, że rządy zachodnie święcie wierzą, iż po sfalsyfikowaniu wyborów 2004 „regionali” radykalnie się zmienili w lepszą stronę.

Szczególnie trudne było publicznie doszukiwać się zgodności Partii Regionów (o) – czyli odnowionej – z codziennością władzy ukraińskiej. Wtem, do momentu sprawdzianu, którym były nowe wybory, udawało się tego jakoś dokonać, po triumfu zaś PR-owskiej demokracji w październiku – zdecydowanie już nie.

Żadne dyplomatyczne wykręty nie mogły już przesłonić ogromu dowodów braku podczas wyborów przejrzystości, uczciwości i sprawiedliwości – tych, zdaniem obecnej władzy ukraińskiej, „świętych krów” społeczeństwa zachodniego.

Należy też oddać sprawiedliwość sukcesom dyplomacji zachodnich partnerów, którzy ze wszystkich sił usiłowali przestrzegać reguły gry i bardzo dyplomatycznie sprowadzili swoje zaniepokojenie do norm niedoskonałej ustawy o wyborach.

Nie było to coś w rodzaju kabaretu o „Wiktorze Wszechmogącym”, wyemitowanym na kontrolowanym przez Kreml kanale telewizyjnym, ale dzwon alarmowy już zabrzmiał i usłyszały go władze ukraińskie.

Pozory idylli z Kremlem rozpierzchły się nieco wcześniej, od razu po tym, jak Rosjanie spróbowali przejść od deklarowania gorącej przyjaźni słowiańskiej do konkretnych zamiarów pozyskania łakomych kęsów gospodarczych. W odpowiedzi na pretensje sąsiada Janukowycz i jego ludzie zdecydowanie i ostro powiedzieli: „Nasze!”. Rosjanie, oczywiście, gotowi byli żyć według zasady „Wspólne braterstwo, ale nie chleb”, jednak byli przyzwyczajeni, że to właśnie oni wprowadzają zasady. Po drugie, spodziewali się oni wyrwać jak najwięcej z rąk Ukraińców, zanim czar nawiązywania relacji przyjaznych przesłaniał zwykły pragmatyzm.

„Frajda skończyła się”, nawet samemu Punitowi wskazano drzwi u Janukowycza. Odpowiedzią była satyra propagandowa o „Wiktorze Wszechmogącym”. Innymi słowy, nastąpił adekwatny pragmatyzm stosunków dwustronnych.

Było to więc fiaskiem aplikacji „Wiktor Wszechmogący” w całej rozciągłości: wewnątrz kraju, w relacjach z Zachodem i z Kremlem.

Nadszedł czas, by zamiast gonitwy za ułudą wszechmocy i królewskim przepychem zabrać się za sprawy państwowe i społeczne, gdyż wszystko się zdarza w gronie braci słowiańskich i – co też ważne – społeczeństwo ukraińskie będzie miało wszystkie ku temu podstawy, by stwierdzić, że król jest nagi.

Znajdujący się przy władzy zespół posiada wystarczająco zasobów. Brakuje jednego – woli politycznej. Władza nie zaczynała jeszcze pracować nad programem „Wiktor-reformator”, a będzie to o wiele trudniej, niż wyprodukowanie „na kolanie” gierki o wszechmogącym zwycięskim herosie.

Czas ucieka i należy niezwłocznie przejść do konkretnych działań, aby zdążyć przed wyborami parlamentarnymi w 2012 r. zaprezentować chociażby kilka pozytywnych skutków reform w kraju.

Andrij Myseluk, Instytu Projektowania Społeczno-Politycznego im. Lipińskiego, dla UP.

Więcej na temat: Ukraina, wybory