Zhanaozen — rzeka ropy

Jak i dlaczego ludzie, którzy tworzą bogactwo Kazachstanu, znaleźli się pod obstrzałem jednostek specjalnych policji. 

W POPRZEDNIM NUMERZE:

Zhanaozen, lub po prostu Uzen — 100-tysięczne miasto na zachodzie Kazachstanu, w Obwodzie Mangistauskim. W języku kaukaskim „Zhanaozen” oznacza: „Nowa rzeka” — ale rzek nie ma tam wcale; chodzi o bogate złoża ropy, bo właśnie w celu jej wydobycia 40 lat temu zostało zbudowane tu miasto.  Z  centralnego placu miasta już od 7 miesięcy nie schodzili pracownicy naftowi 'OzenMunayGazu”, którzy poprzez strajk usiłowali wymóc stosowanie mnożnika branżowego i regionalnego w rozliczeniu wynagrodzeń.

Dnia 16 grudnia, w Dzień Niepodległości, władze miasta postanowiły zorganizować obchody święta, rozkładając jurty wśród strajkujących i zbierając nastolatków ze szkół i uczelni „na pochód”. W tłum strajkujących i gapiów wjechał samochód administracji miasta, który wiózł żywność na obchody święta. Aby zagłuszyć hałas, akim nakazał włączyć głośną muzykę. Wtedy młodzi ludzie wspięli się na scenę i zaczęli zrzucać głośniki. Podpalono budynek 'OzenMunayGazu". Policja odeszła z placu i wróciwszy po pół godzinie, otworzyła ogień do tłumu zgromadzonego wokół palącego się biura. Rozpoczęły się zamieszki z udziałem młodych ludzi. Został spalony akimat, hotel, dom prezesa „OzenMunayGazu", około trzydziestu sklepów, ograbiono dwa banki i kilka bankomatów.

Prokuratura potwierdziła, „śmierć 11 osób w wyniku zamieszek” i „ponad 70 rannych”. Teraz szpital i kostnica są strzeżone lepiej, niż Miejski Wydział Spraw Wewnętrznych w Zhanaozenie. Ludzie, którzy odwozili ciała zabitych z placu do kostnicy, mówią, że do 9 rano 17 grudnia w kostnicy i w pokoju obok znajdowały się 64 ciała, w tym ciała dwójki dzieci. Jest zeznanie chirurga-reanimatora, na której rękach umarły 23 osoby. Następnego ranka liczba rannych w zhanaozenskim szpitalu zwiększyła się do prawie 400, część rannych od razu odwożono do Aktau. Władze nie wydają ciał krewnym, a odwiedzanie rannych w szpitalu jest zabronione. W mieście znajduje się kilka tysięcy policjantów jednostek specjalnych z sąsiednich obwodów; ogłoszono sytuację nadzwyczajną.

Miejski Wydział Spraw Wewnętrznych

Pod Miejskim Wydziałem Spraw Wewnętrznych stoją dwa samochody pancerne BTR, policjanci leniwie wodzą automatami. Obok stoi milczący, nierozchodzący się tłum, około 80 kobiet. Tłum rusza – na budce kontrolnej wywieszają listy z nazwiskami zatrzymanych. Z jednej strony – tych, których „sprawdzili i wypuszczą” - 356 nazwisk, z drugiej – tych, „na których nie ma co czekać, wszczynają wobec nich sprawy administracyjne lub karne” - 449 nazwisk. Krąży plotka, że dziś mają wypuścić 28 osób, i kobiety przestępują z nogi na nogę na mrozie, słychać stuk obcasów. Wczoraj stały do drugiej w nocy, dopóki nie rozpędziła ich policja. Nie stoją tak po prostu; lecz jako przyszłe osoby odprowadzające: mężczyznę idącego samotnie z większym prawdopodobieństwem zatrzymają znowu, a tych, których zatrzymują po raz drugi, już nie wypuszczają.

Na listach znajdują się daty zatrzymania: 16, 17, 18, 19 grudnia. I rok urodzenia. Przeważają lata 1989 i1990.

Nagle tłum napiera na ogrodzenie, policjanci krzyczą, podnoszą lufy karabinów. Z WSW wychodzą dwie osoby – Kazach i Rosjanin. Kazach ma rozbitą twarz, ręką podtrzymuje żebra, idzie powoli. On cicho potwierdza tłumowi – byli, i to mocno; od razu zabiera go żona. Rosjanin - Artyom, 21 lat – zostaje, żeby porozmawiać. Aresztowali go dziś razem z kolegą, kiedy szli do domu. „Dzisiaj nie biją mocno, tylko w samochodzie, a w wydziale biją głównie w brzuch, żeby nie było śladów” - opowiada. - „Tłuką tych, których aresztowali 16- tego i 17-tego. Ze mną siedział człowiek z przestrzeloną nogą. Wyobraźcie sobie, wyszedł zapalić sobie na ganek, w onucach, nawet butów nie założył. Podchodzi policjant, mówi: dokumenty, to, tamto. On daje dowód osobisty i legitymację pracowniczą. Legitymację mu zwraca, a dowód trzyma i trzyma. No to facet chwilę poczekał, a potem wyciągnął rękę i pociągnął za dowód. Czyli, że niby użył siły. No i policjant postrzelił go w nogę. Siedzi tam teraz, w onucach, z dziurą w nodze. "

... Bazarbay leży na dywanie w pokoju gościnnym. Rozmawiając ze mną, bezskutecznie próbuje usiąść.Twarz ma zmasakrowaną, podbite oko, chyba złamany nos, straszne siniaki na plecach, uszkodzone krocze. Żona cicho mówi, że lekarza nie wzywali - telefony nadal nie działają, a Bazarbay boi się wychodzić z mieszkania; tych, których zatrzymują po raz drugi, już nie wypuszczają. Bazarbay jest traktorzystą, mieszka we wsi Kyzył-say pod Zhanaozenem, ale 16 grudnia jego córka urodziła, i od razu po pracy pojechał do miasta.

Nazywa się Kenzhebaev, data urodzenia: 16 lutego 1961 roku. Podaję jego nazwisko, bo przedwczoraj, dwa dni po naszej rozmowie, zmarł. Okazało się, że w wyniku pobicia miał rozerwane jelito.

Od domu jego dzieci, gdzie Bazarbay zatrzymał się w Zhanaozenie, do szpitala jest 500 metrów. Bazarbay wyszedł z domu o 5-tej po południu, po 200 metrach został zatrzymany. „Zapytali mnie, co robię na ulicy, powiedziałem, że idę do córki na porodówkę. Zaprowadzili mnie do autobusu. Wewnątrz autobusu od razu zaczęli mnie bić pałkami, kopać. Oprócz mnie w autobusie było około 30 zatrzymanych. Kiedy dojechaliśmy do Miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych, tam wyszła po nas grupa policjantów, i też nas bili. Kazali nam się całkowicie rozebrać i zostawić rzeczy na korytarzu. Pieniądze, telefon komórkowy - wszystko zabrali miejscowi gliniarze. Umieścili nas w areszcie - 23 osoby w celi 3 na 4 metry. Ponad połowa z nich była w wieku 16-18 lat, starych osób praktycznie nie było. Dwóch młodych mężczyzn potem wzięła karetka – mieli połamane ręce, byli strasznie pobici, nie wiem, czy przeżyli. Kiedy weszliśmy, kazali nam położyć się na podłodze twarzą w dół. Weszło ok. 30 policjantów i znowu zaczęli nas bić - po głowie, po plecach, gdzie popadnie. Chodzili po nas. Młodym kazali położyć się twarzą w dół, a potem stawali im nogami na głowie, żeby rozbić twarz. Potem zaczęli zabierać na przesłuchanie. Przesłuchiwali nas na drugim piętrze, przed pójściem na górę pozwalali nam założyć majtki. Po obu stronach schodów też stali policjanci, dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak dużo ich tam do nas przyjechało. I tak samo – szliśmy między dwoma szeregami, a oni nas bili, starali się trafiać w krocze. Śledczy pyta, kim jestem, skąd jestem. Powtarzam: przyjechałem ze wsi, do córki, bo córka właśnie urodziła. On mówi: nieprawda, ukradłeś telewizor z „Sulpanu" (sklep – E.K.), mów, gdzie go schowałeś, bo inaczej znowu będą cię bić. A mi krew już zewsząd ciekła. Mówię: nie jestem złodziejem, jestem uczciwym człowiekiem, po prostu moja córka urodziła. Prowadzą mnie na dół, znowu biją, krzyczą: Przyznaj się, przyznaj się! Ale więcej mnie już do śledczego nie brali. W celi nie było miejsc do spania, po prostu siedziałem pod ścianą – inni wybłagali, żebym mógł tak siedzieć, powiedzieli: to stary człowiek, źle się czuje. Reszta musiała klęczeć z podniesionymi rękami, albo zmuszali ich, żeby kucali z rękami za głową. Po kolei prowadzili wszystkich na przesłuchanie i znowu, jak ktoś szedł, bili. Zabronili nam rozmawiać. Do rana pięciu mężczyzn z mojej celi przyznało się do winy, bo nie mogli tego dłużej wytrzymać. My dalej trzymaliśmy się.

Wiele osób miało już złamane ręce albo nogi. Policjanci pytali: co się stało, że masz złamaną nogę? Ktoś cię bił? Trzeba było odpowiadać: Nie, szedłem przez miasto i upadłem, i tak złamałem nogę. Bo inaczej znowu bili. Nauczyliśmy się odpowiadać „prawidłowo”.

Czasem słyszeliśmy, jak krzyczały kobiety. Widocznie trzymali je w oddzielnej celi.

Mniej więcej o godzinie drugiej 17-tego przeniesiono nas do garażu (za budynkiem WSW jest kilka pustych zniszczonych budynków, które miejscowi nazywają „garażami"). Powierzchnia gdzieś tak 15 na 20 metrów, wewnątrz pełno ludzi, jakieś 150 osób. Większość z nich jest ubrana, ale bez butów, wiele osób jest bez koszul. Nie ma okien, nie ma podłogi, tylko piasek, który polali wodą, żeby było wilgotno. I jeszcze młodych oblewali wodą. W garażu trzeba było siedzieć w kucki, z rękami za głową.

W garażu spędziłem trzy godziny. Potem przyszli, wymienili nazwę mojej wsi, zapytali: kto jest stamtąd? Ja się odezwałem. Wyprowadzili mnie, znowu weszliśmy do budynku MWSW, kazali mi się ubrać. Później już dowiedziałem się, że to mój krewny ze strony męża córki, który jest policjantem, wyciągnął mnie stamtąd, jakoś się dogadał. Kazali mi się szybko ubrać, ale nie mogłem znaleźć swoich ubrań i wziąłem cudzą koszulę, cudzy sweter i kurtkę. Wypuścili mnie. Myślałem, że nie będę w stanie dojść do domu, szedłem powoli. Znowu zatrzymał mnie patrol. Powiedziałem, że jestem z policji. Byłem cały we krwi, więc uwierzyli.

Dwa dni jeszcze plułem krwią, teraz już przestałem. Ale do tej pory jak chodzę do toalety, to krew idzie."

Żona Bazarbaya opowiada, że o godz. 11-stej wieczorem, kiedy ojca wciąż nie było, syna i druga córka wyszli, żeby go szukać. Na ulicy napotkali tłum uciekających nastolatków – za tłumem biegli policjanci. Oni też zaczęli uciekać. Córkę złapali, wrzucili do samochodu z innymi zatrzymanymi. „Ale jej się udało, prawie jej nie bili - mówi jej matka. - Bo ona ma dopiero 20 lat i jest malutka. Tam jeden policjant przez cały czas zasłaniał ją tarczą przed ciosami, mówił do swoich kolegów: „To przecież jest jeszcze dziecko, jej nie bijcie". Wypuścili ją 4:00 nad ranem. Przyszła i mówi: „Mamo, ja tam wszystko widziałam, i nasz tata na pewno nie wróci stamtąd żywy. Płakałyśmy do rana".

Miasto

Nocujemy w sklepie Marzhan – ona już drugą noc z rzędu ochrania go przed szabrownikami. Sklep mieści się w suterenie budynku mieszkalnego, okna są nad samym sufitem. Już widnieje.

- Chodź tu - mówi Marzhan, stojąc na krześle przy oknie. - Tylko bardzo cicho.

Za oknem widać dwie grupy policjantów, w każdej grupie jest po ok. 5 osób. Niektórzy zatrzymują samochody, przeszukują bagażniki. Innych łapią przechodniów. Właśnie zatrzymali dwóch chłopaków, sprawdzili dokumenty. Jeden zaczyna coś wyjaśniać, uderzają go, on upada na kolana, a policjant bije go pałką po głowie. Dwóch innych chwyta go pod pachy i ciągną za róg domu. Jego przyjaciel idzie za nim, popychany przez innego policjanta - nie sprzeciwia się, nie próbuje uciekać.

Idziemy przez plac. Jest on otoczony przez policjantów jednostek specjalnych, plac jest pusty. Spalonych samochodów osobowych jeszcze nie uprzątnęli, akimat nadal się dymi. Pod nogami leżą jakieś dokumenty, części rozbitego sprzętu, spalony monitor. Na betonowym bloku przy wejściu na plac napisano po kazachsku: „Kto odpowie za śmierć młodych ludzi?"

W pobliżu, pod tablicą pamiątkową i na ławce widać zakrzepłą krew. W oddali leży przewrócony spalony stożek drzewka. Obok niego policjanci palą jurtę – grzeją się. Marzhan oburza się: „Nawet szabrownicy jurt nie dotykali! To jest świętość, jurt nie wolno palić! "W naszą stronę idą dwaj policjanci z kordonu, więc skręcamy w boczną uliczkę.

Jednostki specjalne policji - z tarczami, automatami, w kominiarkach z wycięciami na oczy i usta. Poruszają się grupami po 20 osób, ustawieni w kształcie kwadratu. Ulice wymarły. Sporadyczni przechodnie - głównie kobiety z dziećmi - pytają siebie nawzajem, gdzie można kupić chleb. Piekarnie są zamknięte.

Nas również zatrzymuje patrol, i Marzhan wymyśla historyjkę o koleżance z Rosji, która boi się siedzieć w domu sama.

- A ona nie jest przypadkiem dziennikarką? - policjant ma wątpliwości. - Chyba widziałem ją wczoraj. Idźcie obie do autobusu.

- Pewnie, że pójdziemy, przecież jesteśmy niewinne, czego się mamy bać? - mówi Marzhan.

Ale okazuje się, że do autobusu biorą dziś tylko mężczyzn. Pozwalają nam odejść. Odchodzimy szybko w stronę osiedla.

Sklep. Drzwi są zamknięte, wpuszczają po trzy osoby. Pod drzwiami stoi kolejka, ok. 5 osób, i nagle rozlega się krzyk. Policjanci zatrzymują małżeństwo, które wyszło z domu po jedzenie. „Ale my mamy dzieci! - krzyczy kobieta. - Zostawiliśmy je zamknięte w mieszkaniu!” Dalej ich wleką. Po drodze zabierają jeszcze mężczyznę, który wychylił się z klatki schodowej.

Inne podwórko. Przy klatce schodowej też stoi kolejka: przez okienko w szczelnie zamkniętych drzwiach sprzedają chleb. Z pobliskiego sklepu przestraszona kobieta i mężczyzna wynoszą ubrania, naprędce upchnięte do toreb. To nie są szabrownicy, tylko właściciele sklepu; wyjeżdżają w Aktau.

Zatrzymujemy się przy kolejce i wymieniamy się wiadomościami. Połączenia telefonicznego nadal nie ma, a w trzeciej dzielnicy nie ma też prądu, dlatego rozmowy w kolejkach to jedyny sposób dla mieszkańców Zhanaozenu, żeby dowiedzieć się, co dzieje się w ich mieście, kto z krewnych i przyjaciół został zatrzymany, kto jest ranny, kto zginął. Ale teraz omawiają tu wiadomości z oficjalnych mediów.

- Że niby pracownikom naftowym płacili za to, że stali na placu. A ja jestem nauczycielką, więc wiem, że do moich klas dzieci pracowników naftowych we wrześniu nie przyszły. Rodziny nie miały za co dzieciom ubrań kupić, przyborów szkolnych, podręczników.

- Dziecko, ma dopiero 11 lat, a prosi, żeby wyłączyć telewizor, kiedy pokazują „Bazarbaeva”. A my przecież w domu o polityce  nigdy nie rozmawialiśmy.

- Jeżeliby pogrom był zorganizowany, to mężczyźni przejęliby MWSW i uzbroiliby się, nie daliby się wystrzelać jak owce – mówi ze złością stara kobieta. - Bronili siebie i swoje rodziny. I po TAMTEJ  stronie też byłyby trupy. Nie tylko u nas lałyby się łzy.

Kobiety po cichu mówią, że w Zhanaozenie już jest gotowa lista osób do rozstrzelania. Jest na niej dyrektorka miejskiego Kuratorium Oświaty, Katira Burambaeva – za to, że w Dzień Niepodległości zaprowadziła kolumny dzieci na plac – prosto pod kule, policjanci drogówki: Malik i Askhar, i zastępca szefa MWSW Abdurasul Uteshov – ludzie, którzy przeżyli strzelaninę na placu potwierdzili, że ci na pewno strzelali. „Tych czworo musi umrzeć" – mówią kobiety.

... Najbardziej zaskakujące jest to, że w dniu 17 grudnia, dzień po tym, jak strzelano do do demonstrantów i przypadkowych przechodniów, mieszkańcy Zhanaozenu ponownie przyszli na plac. Pięć tysięcy osób – jeszcze więcej, niż 16-tego. Z prześcieradłami, na których było napisane: „Pokój światu”. Ludzie, którzy wczoraj uciekali przed kulami, dziś uczciwie czekali na przyjazd komisji rządowej, żeby rozpocząć negocjacje. Komisja z Ministrem Spraw Wewnętrznych na czele wprawdzie przyjechała, ale śledczy na plac nie dotarli. Mieszkańcy miasta stali przez cały dzień, a kiedy zapadła ciemność, policja przepędziła ich, używając gazu łzawiącego.

... Po drodze do domu, Marzhan płaczem i krzykami „odbija” dwóch zatrzymanych - swoich sąsiadów. Na krzyki zbiegają się obce kobiety i, płacząc i zawodząc, zabierają „swoich braci”. „Adaj będzie żyć!" - krzyczy Marzhan policjantom na odchodne. Policjanci chwytają za automaty, a ja dosłownie odciągam Marzhan od nich.

Adajowie maja przysłowie, którego nie da się dobrze przetłumaczyć na inny język: „Bojąc się, będziesz bohaterem". Oznacza to, że strach to nie wstyd, najważniejsze jest to, aby w odpowiedniej chwili pokonać ten strach.

Zhanaozen

…W telewizji pokazują, jak studenci Uniwersytetu Ust-Kamienogorskiego potępiają uczestników zamieszek, którzy napadli na cywili w Zhanaozenie. Lalusiowaty student trzeciego roku, błyskając okularami, monotonnym głosem apeluje do młodzieży, aby „nie niszczyła naszej republiki”.

Następnie lektorzy pytają ekspertów o przyczyny wydarzeń w Zhanaozenie. Eksperci różnie odpowiadają na te pytania— jeden widzi w tym rękę Zachodu, inny mówi o wahhabiźmie.

MWSP (wieczór)

Komendantem miasta, odpowiedzialnym za działania sił specjalnych jest ni mniej ni więcej, tylko naczelnik policji obwodowej Kabylov Amanzhol Zhaygalievich. W mundurze moro, co trzy minuty podpisuje dokumenty, rozmawia przez dwa telefony. Częstuje papierosem, pyta, kto w ogóle wpuścił mnie do „tych Adajów", a następnie wychodzi z gabinetu.

Dyrektor Departamentu Spraw Wewnętrznych Kozhaev Mukhtar Zhalbaevich starannie czyta mi na głos chronologię wydarzeń z kartki papieru. Z tekstu wynika, że na placu odbywała się impreza z okazji święta, a strajkujący w liczbie 300-400 osób poszli na pochód młodzieży, żeby go przerwać.

Kozhaev mówi, że decyzja o „uzbrojeniu jednostek specjalnych w broń ostrą i o powrocie na plac" została podjęta na szczeblu władz obwodu. Mówi, że pracownicy naftowi grozili, że podpalą w jurcie inspektora MWSW ds. nieletnich, która w tym czasie pełniła dyżur na placu. I że w rezultacie pracownicy naftowi zaczęli napadać na cywili i podpalać budynki, w których również znajdowali się cywile. Że z płonącego akimatu wybiegali ludzie, i że dyrektorka Kuratorium Burambaeva, którą mieszkańcy miasta zaocznie skazali na śmierć, złamała sobie obie nogi, skacząc z pierwszego piętra. Około 10 policjantów pobito, zastępca naczelnika MWSW nadal jest w śpiączce. Mukhtar Zhalbaevich zapewnia, że były strzały ostrzegawcze, „ale ja osobiście w ogóle nie strzelałem."

- I my, nie doczekawszy się wsparcia, w liczbie 100 funkcjonariuszy, uzbrojonych w broń służbową, pieszo ruszyliśmy w stronę placu. A ich było ponad 3 tys. osób. Dołączyła młodzież, ale należy zauważyć, że zamieszki rozpoczęli zwolnieni pracownicy, właśnie oni, a wśród nich były kobiety i starsi ludzie. Oddano strzały ostrzegawcze w powietrze - brak reakcji. Więc zaczęliśmy strzelać. Pomimo tego tłum zaatakował kilka razy, ale został odparty. Potem przyszły posiłki. I 17-tego grudnia po południu udało się odzyskać pełną kontrolę nad miastem.

Wszyscy, którzy zostali zatrzymani 16-tego i 17-tego, zostali zatrzymani za grabież. Tam za bramą stoją ich krewni. Prowadzone są czynności w celu ustalenia ich związku z podżegaczami zamieszek. Według naszego prawa jest jest szczególnie poważne przestępstwo. A krewni nie chcą pogodzić się z tym. A my przecież wszystkich ściągamy tu z ulicy. "Kim jesteś?" - "A po co ci to wiedzieć?" - i koniec rozmowy, zabieramy tutaj, powoli sprawdzamy. Pobieramy odciski palców, sprawdzamy, kto to taki. Dzisiaj już złapaliśmy ludzi z białą bronią, z kastetami, z nożami. W piwnicach budynków mieszkalnych i na dachach skonfiskowaliśmy mieszanki zapalające, przygotowane do użycia przeciwko funkcjonariuszom, którzy zapewniają ochronę porządku publicznego.

- Teraz mamy 50-60 zatrzymanych, a 160 osób przebywa w areszcie pod zarzutem popełnienia przestępstw i wykroczeń - mówi Kabylov, który właśnie wrócił. Mówi, że listy 800 osób, które rano wywieszono w  punkcie kontrolnym Wydziału, są już „stare".

Według Kozhaeva, rannych jest 78, zabitych – 11.

- Nikogo nie zraniliśmy przez przypadek – zapewnia Kozhaev. - Wszyscy cywile już stamtąd uciekli, pozostali tylko ci, którzy podpalali i rabowali. Niech Pani sobie tylko wyobrazi, podpalają wszystko, wszystkich przechodniów biją, i co, kto - według Pani – może się w tym momencie znajdować na placu?

W „rękę Zachodu" policjant Kozhaev nie wierzy.

- Wcześniej krążyły słuchy, że niedługo będą masowe zamieszki, sprawdzaliśmy to operatywnie, ale nigdy te plotki się nie potwierdzały. I nic nie wskazuje na to, żeby wydarzenia 16-tego  grudnia były zaplanowane. Po prostu tłum oszalał.

Akimat

Młody uśmiechnięty akim miasta, Orak Sarbopeev po cudownym ocaleniu z płonącego budynku akimatu  również przebywa teraz w MWSW. Przydzielili mu tam gabinet. Orak jest naczelnikiem miasta dopiero od 20 grudnia 2009 r. Sam o tym nie wiedząc, natychmiast dementuje słowa policji: zginęło nie 11, lecz 13 osób, a strajkujący nie brali udziału w zamieszkach. „Ale cała wina leży po stronie strajkujących. Całej tej sytuacji w dniu 16-tego grudnia winni są strajkujący”.

- Ja też pracowałem w „OzenMunayGazie" od 1994 do 2008 r., zacząłem od stanowiska operatora, a skończyłem na funkcji kierownika administracji wydobycia ropy i gazu - zaczyna akim. - Ja z tymi strajkującymi pracowałem przez 15 lat, dniem i nocą po kanałach się poniewieraliśmy, spod ziemi wykopywaliśmy te rury, spawaliśmy. I nie mogę o nich mówić źle. Ale ich żądania są nieuzasadnione. Wynagrodzenia w rzeczywistości przecież wzrosły…

W żadnym wypadku nie jestem po stronie pracodawcy. Po prostu lubię nazywać rzeczy po imieniu. Ludzie są przecież różni. Każdy ma swoją prawdę, ale rzeczywista prawda jest tylko jedna. O tym właśnie nie należy zapominać. Władze miasta i obwodu bardzo szanują pracowników naftowych.

Bo widzi Pani, jest taki problem - w ustawodawstwie Kazachstanu nie ma pułapu wynagrodzeń. Oczywiście cieszę się, gdy firmy naftowe podwyższają płace pracownikom. Ale pracownicy naftowi to nie całe miasto. Są jeszcze pracownicy budżetowi, są pracownicy firm komunalnych, są wojskowi. I ta dysproporcja rośnie. W pewnym momencie może się zwiększyć tak bardzo, że pojawi się ogólne niezadowolenie. I ja, jako akim, bardzo bym nie chciał, żeby ta poprzeczka wciąż się podnosiła. Bo przecież są tu też ludzie, którzy żyją za najniższą pensję, a ceny wzrosną.

Dzień Niepodległości, rozumie Pani? Ja po prostu chciałem, żeby w w całym kraju zapanował dobry nastrój. Dużo pieniędzy wydaliśmy na przygotowania. I chcieliśmy zrobić coś nowego. Nigdy nie stawiano jurt w zimie – a ja poprosiłem, żeby postawili. Żeby wprawić ludzi w lepszy nastrój, bo mimo wszystko stali przez siedem miesięcy. I 15-tego wyszedłem do strajkujących, powiedziałem: „Spędźmy to święto w dobrej atmosferze. Wy jesteście przygnębieni, ale to nie tylko wasze święto”. Chciałem, żeby ludzie w dobrym nastroju powitali Nowy Rok, żeby poczuli, że jest święto.

Zebraliśmy młodzież – powiedzieliśmy im: przejdźmy przez miasto. Żeby oni poczuli, że są częścią naszej ojczyzny, - a ojczyzna to nie tylko to małe miasteczko, chciałem, żeby w głębi serca to poczuli. U nas już w przedszkolu dzieci uczą się hymnu, wie Pani?

No, ale tłum na placu zaczął się burzyć. Myślałem, że trochę pohałasują i uspokoją się. Mówię: no to włączmy chociaż muzykę...

Dzieci przestraszyły się, uciekły. Strajkujący doprowadzili do zamieszek, ale sami nie brali w nich udziału. Młodzi ludzie zaczęli przejawiać agresję w stosunku do funkcjonariuszy policji. A ja poszedłem do akimatu.

Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że chłopaki się uspokoją, ale zaczął się pogrom. Policjanci zaczęli oddawać strzały ostrzegawcze (okna gabinetu, w którym znajdował się akim, nie wychodzą na plac -. E.K.). Dwóch zastępców, doradca, asystenci wyskoczyli z okna. Niektórym udało się uciec tylnym wyjściem. Uciekłem z uzbrojonymi policjantami, kiedy budynek już zaczął płonąć.

I wcale nie odcinaliśmy łączności telefonicznej. Już wcześniej mieliśmy słabą łączność. Wystarczy, że ktoś potrąci ramieniem wieżę - i koniec. Anteny są zamontowane na tej wieży, a ona ma 40 lat, teraz w Wydziale Komunikacji i Informatyki zajmują się tym problemem. Tam są potrzebni eksperci, a i sprzęt jest przestarzały.

Szczerze mówiąc, w szpitalu i w kostnicy jeszcze nie byłem. Ale to przecież nie tak prosto przyjąć taką armię ludzi. Nawet teraz jeszcze obdzwaniamy pracowników transportu, wszystkich pracodawców, nawet notariuszy, żeby jutro wszyscy poszli do pracy, żeby bazary otworzyli. Bezpieczeństwo jest już zapewnione, a życie toczy się dalej. Tylko z jakiegoś powodu nie ma teraz ślubów w mieście.

Myślę, że teraz ci wszyscy ludzie zrozumieli, że nie mają racji. Przywołamy ich do porządku. Niektórych, oczywiście, ukarzemy, bo nie wszyscy rozumieją tylko słowa. I zaczniemy żyć od nowa – zaprzyjaźnimy się, pogodzimy, znajdziemy mężczyznom pracę. My po prostu zrobimy tak, żeby ludzie już więcej na plac nie przychodzili. Po prostu nie dopuścimy do tego. Powiemy: chłopaki, tutaj nie wolno przychodzić.

Związek zawodowy

- O tym, co się stanie w Zhanaozenie, wszystkie strony konfliktu wiedziały już miesiąc wcześniej - mówi Kinzhegali Suyeuov. - W tym miesiącu nie było nikogo, kto mógłby wystąpić w roli mediatora. Nikt nie chciał. I to jest przerażające.

Kinzhegali jest szefem Obwodowego Niezależnego Związku Zawodowego. Jego organizacja występowała w roli mediatora podczas pierwszego sporu zbiorowego między pracownikami i zarządem „OzenMunayGazu" już w 2008 roku. Poprzedni przewodniczący  ONZZ, Mukhtar Umbetov z sukcesem przeprowadził negocjacje i udało mu się uzyskać zwiększenie wynagrodzeń. Na 10 dni przed ostatnim posiedzeniem, w dniu 28 grudnia, dwóch nieznanych mężczyzn w kominiarkach zaczaili się na niego przy klatce schodowej i metodycznie złamali Mukhtarowi kości twarzy - oba policzki, oba oczodoły, złamali kość czoła. Teraz organizacją kieruje Kinzhegali.

Bycie działaczem związkowym w wydobywczym Obwodzie Mangistauskim jest bardzo niebezpieczne. Biją ich, podrzucają im heroinę, a potem zamykają na parę ładnych lat. Na przykład prawniczka związku zawodowego „Karazhanbasmunai" Natalia Sokolova -  w sierpniu tego roku została skazana na sześć lat z artykułu „Podżeganie do nienawiści społecznej".

(Organom ścigania nie można odmówić zrozumienia sytuacji – to, co dzieje się w Mangistau, nie da się opisać inaczej, niż nienawiść społeczna. Dosłownie co drugi mieszkaniec Zhanaozenu opowiadał mi ze szczegółami, jak to niedawno młodszy brat prezydenta Nazarbaeva, Bolat Nazarbaev w wieku 65 lat ożenił się z dwudziestoletnią piosenkarką- mieszkanką Uzen o imieniu  Zebari, o tym, jak zorganizowali w Aktau sabantuj; jakie dokładnie samochody sprezentowały młodej parze spółki naftowe tego regionu i jak szczęśliwy pan młody rozdawał wszystkim, którzy zrobili im „salem" (pokłon rytualny – E.K.) po 10 tysięcy dolarów. W mieście, gdzie woda dostarczana jest tylko w określonych godzinach, a na zakup żelazka trzeba wziąć kredyt - nie da zebrać tak dużo pieniędzy - ta historia cieszy się wielką popularnością).

Na 4 miesiące przed „buntem" w Zhanaozenie doszło do dwóch zabójstw. Dnia 2 sierpnia w przedsiębiorstwie „Munayfiltrservis", obsługującym pracowników naftowych, został zamordowany związkowiec Zhaksylyk Turbaev. Morderstwo miało miejsce bezpośrednio w warsztacie, po spotkaniu, na którym Turbaev wystąpił z inicjatywą ponownego wyboru przewodniczącego organizacji związkowej, ponieważ poprzedni przewodniczący, według pracowników, prowadził politykę zgodną z linią pracodawcy. Policja nadal nie ustaliła żadnych podejrzanych. A 24 sierpnia znaleziono ciało zaginionej 18-letniej Zhansaule Karabalaevej - córki przewodniczącego związku zawodowego „OzenMunayGaz" Kudaibergena Karabalaeva. Dziewczyna została zgwałcona i zamordowana.

I właśnie od sierpnia niewykształcona młodzież zhanaozeńska, która nie ma bezpośredniego związku z sektorem naftowym, zaczęła mówić o tym, że pokojowe stanie na placu jest poniżające i że utraconą godność Adajów może przywrócić „tylko bunt”.

Związkowcy opowiadają, że do 2005 r. w przypadku sporów pracowniczych stosowany był schemat trójstronnej komisji. Teraz został on zniesiony, a innych pokojowych – i efektywnych - sposobów dochodzenia swoich praw pracownikom po prostu nie pozostawili.

- A przy okazji, czy Pani wie, kto po raz pierwszy wspomniał o mnożnikach? - uśmiecha się Kinzhegali. - Nie uwierzy Pani. Związek zawodowy „Munaishe Korgany", który w 2008 r. został założony przez zastępcę akima obwodu, Amangeldy Aytkumova. I oni przyjechali na pole naftowe Karazhanbas i szczegółowo opowiedzieli robotnikom o mnożnikach branżowych i regionalnych, o tym, że pracownicy naftowi dostają za niskie wynagrodzenia, o tym, że dobowe wydobycie ropy powinno być kontrolowane, ponieważ, sądząc po ilościach, część idzie gdzieś „na lewo”. Pracownicy okrzyknęli ich swoimi przedstawicielami. A w 2010 roku, "Karazhanbasmunai" (podobnie jak w „OzenMunayGazie”, jest to spółka-córka "KazMunayGazu" – E.K.) przeznacza 250 milionów tenge na fundusz akima obwodu. I ja uważam, że jest to łapówka. I natychmiast cała walka ustaje. Ale robotnicy się już nie uspokoili. I po buncie w Karazhanbas, zbuntował się Zhanaozen.

- Przemysł naftowy i rząd nawzajem straszyli się buntem ludzi, a po prostu przecenili swoje siły w tych swoich gierkach - mówi Kinzhegali. - A teraz jest już za późno, Adajowie nie umieją się uspokoić. Za dużo było ofiar, i już dawno przestała to być tylko kwestia wynagrodzeń.

P.S. Na znak poparcia dla Zhanaozenu robotnicy wstrzymali wydobycie w Karazhanbasie, Kalamkasie, Zhetybaiu i w Nowych Buzachach. We wsi Shetpe ludzie zdemontowali tory kolejowe, zatrzymując pięć pociągów. Policja otworzyła ogień, oficjalnie jedna osoba nie żyje. Grupa prawników, którzy przyjechali z Aktau, aby udzielić pomocy osobom zatrzymanym w Zhanaozenie, nie została wpuszczona do miasta. 

Źródło: Nowaja Gazeta