Zhanaozen

Korespondent specjalny „Nowej” Yelena Kostyuchenko relacjonuje z buntowniczego kazachstańskiego stepu

Zhanaozen, lub po prostu - Uzen, - to 100-tysięczne miasto w zachodniej części Kazachstanu, w Obwodzie Mangistauskim. Obwód ten jest uważany za najdroższy i najbardziej szkodliwy dla zdrowia w Kazachstanie, a Zhanaozen – za najdroższe i najbardziej szkodliwe dla zdrowia miasto w obwodzie.

Miejscowi mają ironiczne powiedzenie – „Grzesznicy z Zhanaozen zamiast iść do piekła, wracają z powrotem do Zhanaozen". Deszcz tutaj pada raz w roku, śnieg - raz na kilka lat. Sucha ziemia nie pozwala rosnąć trawie, drzew w mieście prawie nie ma, a te które są, muszą być codziennie podlewane. Straszny wiatr ze stepu bije pyłem w w oczy. Latem jest upał nie do zniesienia; w zimie nawet przy -3 stopniach nieludzki zimny wiatr przeszywa do szpiku kości. Asfalt jest położony tylko na głównych ulicach, na zwykłych drogach z reguły go nie ma. Niskie domy budowane są z żółtego wapienia.

Moim przewodnikiem po „mieście umarłych" jest Marzhan* - Kazaszka w trzecim miesiącu ciąży, matka czworga dzieci. Jej mąż kiedyś pracował przez dziesięć lat w „OzenMunayGaz” jako pomocnik wiertacza, później odszedł z pracy: uszkodził część lędźwiową kręgosłupa, „oni przecież cały czas podnoszą ciężkie młoty, to jest mordercza praca". Mają teraz firmę rodzinną - przywożą zabawki i ubrania dla dzieci z Turcji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Astany i Chin. Już trzecią noc pod rząd zamierzają spędzić w sklepie – żeby ochronić go przed szabrowników. Teoretycznie, w tym konflikcie powinni oni trzymać stronę władzy, która co jakiś czas deklaruje z telewizora, że oddziały sił specjalnych chronią ich miasto przed rabusiami.

- Ostatniej nocy usłyszałem drapanie w okno. "Niech pani da nam wody, chleba". Wyglądam przez okno – a to chłopcy, którzy walczą z policją. Mówię, wejdźcie pojedzcie sobie jak ludzie. Oni na to: Nie, nie ma czasu, niech pani da przez okno. No to z mężem szybko napakowaliśmy im, co mogliśmy. Wodą oblewali sobie twarz – gaz podrażnił im oczy. Wtedy rozpoczęła się strzelanina pod oknami. Strzelali z broni traumatycznej. To znaczy, mamy nadzieję, że z traumatycznej. Mamy nadzieję, że chłopcom udało się uciec.

Marzhan chodzi ze mną po mieście, od ulicy do ulicy, od mieszkania do mieszkania. Bierze ze sobą dzieci. Najstarsza córka, 13-letnia wesoła Bakha, niesie moją torebkę - dziecko będą sprawdzać na samym końcu. Zakładają mi miejscową kurtkę i buty, zabraniają palić i patrzeć w oczy policji. „Żeby nie zauważyli, że jesteś innej narodowości - wyjaśnia Marzhan -. Rosjan tu prawie nie ma, Rosjanie mają gdzie jechać."

„Kiedy zobaczyłam Dubai, rozpłakałam się tak, że mąż się aż przestraszył - mówi Marzhan -. Oni tam dopiero od dwudziestu lat wydobywają ropę. A my – od czterdziestu. Za nasze pieniądze wybudowali Astanę. A ja nie mam gdzie dzieci zaprowadzić, nie ma ani jednego centrum rozrywki, siedzą w domu."

„Mój ojciec pracował przez 40 lat w „OzenMunayGazie" jako wiertacz - mówi Marzhan. - Niedawno umarł na raka – tutaj wiele ludzi umiera na raka, pod Mangistau leży ruda uranu, ziemia się wręcz świeci. Przed śmiercią dał mi 100 tysięcy tenge **- powiedział, daj strajkującym, niech sobie jedzenie kupią, telefony komórkowe. Może, powiedział, im uda się przełamać ten cholerny system, skoro nam odwagi nie starczyło."

System

Obwód Mangistauski to najbogatszy obwód naftowy w Kazachstanie, ale o ludziach, którzy tu mieszkają, nie da się tego powiedzieć. Wynagrodzenia w dającej prawo bytu miastu spółce „OzenMunayGaz" wynoszą 140-250 tys. tenge - rzeczywiście są bardzo wysokie jak dla przeciętnego Kazacha. Ale z reguły w „OzenMunayGazie” pracuje tylko jedna osoba z każdej rodziny- zwykle mąż. Żona, jeżeli uda się jej znaleźć pracę, pracuje w sektorze publicznym, gdzie płace rzadko przekraczają 45 tys. Rodziny są wielodzietne.

Zhanaozen jest najbardziej oddalony od wszelkich ośrodków przemysłowych, dlatego AGD, odzież, żywność są tu najdroższe w kraju. Kilogram mięsa kosztuje 1600 tenge (360 rubli), kilogram najtańszych ryb - 1300 tenge (290 rubli), litr mleka - 220 tenge (50 rubli), dziesięć jaj - 210 tenge (47 rubli), kilogram jabłek - 400 tenge (90 rubli).

Korupcja jest bardzo rozwinięta. Żeby dziecko przyjęli do przedszkola, trzeba zapłacić 80 000 tenge, a potem 6000 tenge miesięcznie. Żeby posłać do dobrej klasy w szkole - 100 tysięcy tenge. Żeby urzędnicy podpisali dokumenty - od 10 do 200 tysięcy tenge, w zależności, jak się uda.

Ubóstwo jest takie, że do budowy domów kupują pocięte kawałki rur wykorzystywanych w studniach. Rury są promieniotwórcze -  Askhat zatrudnił dozymetrystkę, i okazało się, że norma przekroczona jest 15-krotnie. Ale rury nadal kupują – wbijają je nad podłogą zamiast pali, kładą deski – i wychodzi tak zwany „czarny sufit," bardzo powszechne tu zjawisko.

Nastroje w Zhanaozenie podgrzewa nacjonalizm etniczny. Kazachowie nie są monolitycznym narodem, jak nam się wydaje. Kazachowie są podzieleni na trzy żuzy, a każdy żuz – na sto rodów. Adajowie, którzy tworzą większość w Obwodzie Mangistauskim  i w Zhanaozenie są najmłodszym rodem najmłodszego żuzu. Jako ostatni spośród prowincji Kazachstanu weszli w skład Związku Radzieckiego - w 1937 roku, i są bardzo dumni z tego faktu, pomimo, że w czasach sowieckich właśnie z tego powodu politycznie niepewnym Adajom trudno było dostać się na uczelnie wyższe i nie awansowano ich na wysokie stanowiska państwowe. W zarządzie „OzenMunayGazu", "KazMunayGazu" i we władzach obwodu Adajów praktycznie nie ma.

"Ale w Astanie, tam, gdzie jest biuro spółki „Razvedka Dobycha „KazMunayGaz" – pracują też nasi ludzie. Oni skserowali paski płac z naszymi nazwiskami, te, które tam z Uzenu przychodzą do księgowości - mówi Dauren, mechanik podziemnego sprzętu wiertniczego z 20-letnim doświadczeniem. - I okazuje się, że dostaję nie 200.000 tenge, tylko 450 tys. Bo stosują mnożnik za szkodliwe warunki pracy 1,8 i mnożnik branżowy 1,9. To znaczy, stosują na papierze, a w rzeczywistości – nie".

W dniu 16 maja pracownicy naftowi piszą wniosek do akima miasta i do prokuratora z prośbą o dostosowanie poziomu wynagrodzenia do obowiązujących przepisów. W dniu 26 maja 4000 pracowników naftowych „OzenMunayGazu" rozpoczęło strajk głodowy. "To znaczy, my nie strajkowaliśmy - wyjaśnia Dauren. - Ale zgodnie z przepisami BHP głodujący pracownik nie może pracować w przemyśle niebezpiecznym.". Początkowo głodowaliśmy nawet nie w mieście, tylko przy Zarządzie Obsługi Odwiertów (UOS-5), przy bazie samochodowej. W dniu 8 czerwca do bazy samochodowej przyszły jednostki sił specjalnych policji i zaczęli bić ludzi. „No i wtedy oblaliśmy się benzyną i wyciągnęliśmy zapalniczki - opowiada Dauren. - I powiedzieliśmy: tylko spróbujcie nas pobić".

Pracowników naftowych wywieźli z bazy samochodowej. „Medicare”, któremu przez te wszystkie lata robotnicy płacili składki ubezpieczeniowe, odmówiło pomocy pobitym głodującym. Dzieci osób, będących na liście pracowników, którzy nie pojawili się w pracy, były wysadzane z autobusów jadących na obozy letnie. Wtedy protestujący przenieśli się na centralny plac miasta. „Rozścielili koce, usiedli. I siedzieli przez 7 miesięcy. Podzielili się na zmiany – jedni w nocy, inni w dzień - i siedzieli.”

(Bardzo trudno jest mi w to uwierzyć: wydaje się niemożliwe, żeby na zhanaozeńskiej ulicy można było spędzić więcej, niż 20 minut bez przerwy, ale pytam mieszkańców, i każdy potwierdza - tak, siedzieli, do listopada to w ogóle z całymi rodzinami, nosiliśmy im wodę i gorące baursaki).

Dwa miesiące po rozpoczęciu protestu strajkujących pozostało 1800. „Pozostałych zastraszono – wszyscy mają rodziny,  wszyscy mają kredyty.  Pracownicy „OzenMunayGazu” chodzili do rodzin, zastraszali żony i rodziców. Sekretarka Uzenskiego Sądu Powszechnego powiedziała mi, że tylko w ciągu lata orzeczono 40 rozwodów - żony nie chcą żyć ze swoimi mężami, którzy nie są w stanie ich utrzymywać. Te dwa tysiące pracowników wróciło do pracy, ale my ich nie potępiamy. Dwa miesiące nie było ich na stanowiskach, ale z radością przyjęto ich z powrotem, bo to było zwycięstwo dla kierowników. A mnie zwolniono retroaktywnie – za jakąś dawną trzygodzinną nieobecność".

Dauren i inni strajkujący opowiadają, że nieraz w ciągu tych siedmiu miesięcy przychodzili do nich "młodzi" - zhanaozeńscy chłopcy. Szczególnie po tym, jak „OzenMunayGaz" wraz z Akimatem postanowili zorganizować w miejscu, gdzie stali strajkujący, targi z żywnością. „Mówili: przykro nam, jak na was patrzymy, zbierzmy się razem, pokażmy im siłę. A my odpowiadaliśmy: to jest nasza walka, wy nie jesteście pracownikami naftowymi, idźcie do domu".

Bunt

To, co się wydarzyło 6-tego, miejscowi nazywają „buntem”.

„O tym, co się stanie na placu, wszyscy wiedzieli miesiąc wcześniej”.

Szczególnie wszystkich oburzyły jurty, w których umieszczono poczęstunek. Mieszkańcy Zhanaozen opowiadają, że zwykle jurty   umieszczane były po drugiej stronie placu - na pustej parceli za kulisami, ale tym razem akim miasta postanowił umieścić je dokładnie tam, gdzie odbywały się mitingi.

I 15-tego o godz. 5 po południu zaczęto przywozić jurty, które akimat wypożyczył od właścicieli z okolicznych wsi. Świadkowie opowiadają, że wielu właścicieli jurt, widząc, że strajkujący nadal przebywają na placu, nie chcieli rozłożyć jurt i próbowali odjechać, ale policjanci drogówki nie pozwolili im na to. Na plac wyszedł akim i powiedział, że podnosi cenę najmu jurt z 70 000 tenge do 100 000 i osobiście gwarantuje bezpieczeństwo mienia. Żony pracowników naftowych podeszły do akima. „Powiedziałyśmy, że nie jesteśmy w stanie zapanować nad młodzieżą” - mówi. - „Że młodzież się wścieknie, jak zobaczy, co się dzieje. On tylko machnął ręką."

16-tego o godzinie 11-stej przed południem na placu znajdowało się ponad trzy tysiące osób – pracownicy naftowi, ich żony i dzieci, młodzież, gapie. O 11-stej  na plac weszła kolumna dzieci ze starszych klas i uczniów szkół policealnych z flagami i hasłami z okazji święta – zostali przymusowo zebrani przez nauczycieli i opiekunów grup. W tłumie rozległy się okrzyki: „Wy świętujecie, a nam nie do śmiechu, idźcie sobie stąd!" Dzieci próbowały rozejść się, ale przytrzymywała ich policja. Na placu w tłum wjechał samochód z żywnością do jurt – przewrócono go. Na scenie, na polecenie akima, włączono głośną muzykę, żeby zagłuszyć krzyki i szum. Wtedy młodzi ludzie weszli na scenę i zaczęli zrzucać głośniki. Policja poszła z placu.

Jak zapalił się budynek „OzenMunayGaz" - nie widział nikt. Ale kiedy zaczął walić dym, wokół zebrał się tłum gapiów. Kiedy policja wyszła zza rogu z bronią, nikt nawet nie pomyślał, żeby uciekać.

15-letnia Ayslu, studentka 1 klasy technikum przemysłu naftowego i gazowniczego, opowiada:

„Dzień wcześniej opiekunka naszej grupy Asiya Urazova powiedziała, żeby przyjść pod technikum na 9 rano i żeby założyć ciepłe ubrania, a co będziemy robić – to jest niespodzianka. Rano powiedziała: macie flagi, idziemy na plac. My mówimy: a strajkujący?  A ona mówi, że teraz nie ma tam strajkujących. Przyjechaliśmy – i okazało się, że strajkujący jednak tam są. Wiem, że mama tam stoi, chcę do niej iść.  Ale policja mnie nie puszcza, otoczyli naszą kolumnę. Dzwonię do taty, mówię: otoczyli mnie, nie mogę wyjść z placu, płaczę. Przyszedł z pracy,  uwolnił mnie, w ogóle zaczęli nas puszczać do domu. Wyprowadził mnie z tłumu, powiedział - idź do domu, ja zaraz przyjdę. Odeszłam trochę - i wtedy postrzelili go w nogę.”

Taksówkarz, który wiózł mnie do Zhanaozen, z zachwytem opisywał, jak ludzie szli prosto pod obstrzał, nie czując strachu. Potem dowiaduję się, że to wcale nie była odwaga - po prostu żadna z osób, znajdujących się na placu, nie wierzyła, że policjanci strzelają ostrą amunicją. „Myśleli, że to gumowe naboje. Dopiero wtedy, kiedy młodemu mężczyźnie obok mnie strzelono w głowę i kula weszła głęboko i została w środku, zdałem sobie sprawę, że nas zabiją – mówi uczestniczka strajku, Sholpan. - Na moich oczach zastrzelili kobietę, kiedy nachyliła się nad córką, która upadła". Ludzie w ostatnich rzędach mówili, że serie z karabinów wzięli za petardy.

Ostrzeliwanie tłumu trwało około 10 minut. Odgoniwszy ludzi od biura „OzenMunayGazu", policja weszła do akimatu, wzięła ze sobą akima, i przeszła z powrotem do Miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych.

Rozpoczęły się zamieszki. Młodzież starannie spaliła akimat, podpaliła hotel, dom prezesa „OzenMunayGazu” i zaczęła niszczyć i grabić sklepy. Zaczęli od dwóch meblowych, będących własnością żony akima, później poszli do innych. Dziwne, ale ten pogrom miał logikę. Właściciele sklepów twierdzą, że jeśli wychodzili do tłumu, tłum odchodził. Doszczętnie palili sklepy tych, którzy są w jakiś sposób związani z władzą lub „OzenMunayGazem". Rozpoczęła się grabież.

O godz. 4-tej podeszły jednostki specjalne policji i, rozproszywszy się od placu na całe miasto, zaczęli strzelać.

„Ja sama o mało co nie zostałam szabrownikiem - mówi Akku. - Moja rodzina jest bardzo uboga, a ja i mój mąż od dawna nie mamy  pracy, domy ludziom malujemy, trochę szyjemy, mięso jemy tylko w gościach. A tu grabią sklep -  „Sulpak". A ja wiem, że tam jest żelazko i maszyna do szycia, nawet wiem, gdzie leżą. A przecież mogłabym zarabiać pieniądze, gdybym miała maszynę do szycia! Poszłam i wzięłam. A tu nagle wbiega policja, rzuciłam wszystko, ledwo udało mi się uciec. Ale widziałam, kto kradł rzeczy. Biedni ludzie grabili, po prostu biedni ludzie."

Zostały okradzione dwa banki i kilka bankomatów. Taksówkarze, którzy widzieli zdarzenie, mówią, że kiedy włamali się do bankomatów, młodzi ludzie podrzucali pieniądze do góry, w powietrze.

Ranni i martwi

Prokuratura potwierdziła „śmierć 11 osób w wyniku masowych zamieszek" i „ponad 70 rannych". Teraz szpital i kostnica w Zhanaozenie są chronione lepiej, niż Miejski Wydział Spraw Wewnętrznych.

Około 20 policjantów jednostek specjalnych w pełnym ekwipunku z tarczami stoją w szeregu bojowym obok wejścia - jedna noga wysunięta do przodu, tarcza zasłania klatkę piersiową. Przed nimi tłoczy się około trzydziestu kobiet i kilku mężczyzn. Kompleks szpitalny otoczony jest na linii zewnętrznej. Nie ma przejścia ani do kostnicy, ani do budynków szpitalnych. Nie wolno również odwiedzać rannych. Ale można przekazywać żywność.

Ludzie dzielą się na dwie grupy - tych, którzy przyszli do żywych, i tych, którzy przyszli odebrać zmarłych. Do żywych nie puszczają, umarłych nie wydają. Jest jeszcze trzecia grupa – najbardziej nieszczęśliwa – to ci, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie jest ich syn, brat, ojciec. Miotają się między szpitalem a Wydziałem Spraw Wewnętrznych, krzyczą przez płot kostnicy do sanitariuszy i uciekają,  kiedy pojawi się policjant.

Listy żywych i umarłych są w rękach starszego policjanta, nie rozstaje się z nimi. Kiedy próbuję zerknąć mu przez ramię i przynajmniej w przybliżeniu policzyć nazwiska, on chowa listy do kieszeni – nie od razu udaje mu się je wcisnąć, bo kartek jest dużo.

- Mój starszy syn szukał młodszego, i został postrzelony w klatkę piersiową - zaczyna szeptać niska kobieta. - A kto przyprowadził tam moje dziecko? Kto przyprowadził dzieci? Nie można strzelać do ludzi, nie można strzelać, nie można!

- Zamknij się, debilko, ona nie jest miejscowa – mówi szybko po kaukasku najbliższy policjant. - Masz dwoje dzieci, a tak dużo mówisz!

Kobieta boi się, oddala się. Pozostali milczą.

- Wstydź się, ty! - zwraca się do policjanta stara kobieta. - Kim są twoi rodzice? Jesteś muzułmaninem? Pewnie z Chimkentu! Co za wstyd!

Policjant odwraca się – osobom w podeszłym wieku nie wolno arogancko odpowiadać. Tłum zaczyna szumieć. Policjant mówi coś do krótkofalówki, i od strony szpitala biegnie jeszcze jeden oddział z tarczami.

Korkel jest jedną z nielicznych, którym w tamten dzień udało się wejść do szpitala. Korkel mieszka w jednej z wiosek pod Uzenem, ale w tych dniach przyjechała do siostry. Mąż siostry jest pracownikiem naftowym, a jej siostra poszła na plac strajkować. A Korkel zaprowadziła swoją siostrzenicę, uczennicę szkoły nr 3, na dziwną poranną zbiórkę, na którą konieczne trzeba było „ubrać się ciepło." Wraz z kolumną dzieci przyszła na plac.

„Usłyszałam pierwsze strzały. I mówię: nie idziemy. A siostrzenica na to: ale przecież moja mama tam jest! Więc poszłyśmy. Kiedy zaczęli strzelać, zabitych i rannych odciągali do tyłu. Pod moimi nogami położyli 5 osób. Czterech było zabitych, jeden jeszcze żył. Wtedy ludzie zatrzymali przejeżdżający UAZ i włożyli do niego tych martwych i tego żywego, ja wsiadłam razem z nimi i pojechałam do szpitala”.

W kostnicy nie było zimnej wody, żeby obmyć ciała z krwi. Zaczęłam liczyć ciała. Była tam jedna dziewczyna, rocznik 1995, zabito ją, jak szła w kolumnie dzieci. I jeszcze 10-letni chłopiec. Ich ciał nam nie pokazali, nie pozwalali podejść, a oni leżeli daleko w rogu. A jeszcze w  sklepie "Sulpak" spaliło się troje młodych ludzi, i teraz nie można ich zidentyfikować. Ciała układali jedno na drugim. Do kostnicy  przywieziono 21 ciał, ale o 9 wieczorem Tamila, który pracuje w kostnicy, zamknęła drzwi i poszła, a ciała nadal zwozili. Wtedy  otworzyli sąsiednią salę, zaczęli tam składać ciała, na podłogę, ciało na ciało. I do rana 17-tego,do godz. 9:00, dopóki nie poszłam do domu, przywieźli tam kolejne 43 osób. Poprosiłam o lód, żeby obłożyć ciała, ale powiedziano mi, że trup nie psuje się przez trzy dni.

Teraz o rannych. W porze obiadu w szpitalu było 340 rannych. Wszyscy z ranami postrzałowymi, ale naboje są różne - większość z broni automatycznej, ale są też z pistoletów i z karabinów maszynowych. Lekarzy było za mało - i my pomagaliśmy obmywać rannych z krwi, ci, co umieli, robili zastrzyki. Ja nie umiałam. Widziałam, jak jednemu młodemu mężczyźnie robili rentgena - miał dwa pociski, strzelali do niego z samochodu pancernego. Lekarze powiedzieli mu, żeby się zgłosił do przychodni. Pamiętam, że była tam również dziewczyna, rocznik 95, postrzelona w głowę, ale jeszcze żyła. Aż do rana przywieziono 400 rannych, ale 17 rannych już zawieźli do Aktau. Do jednej karetki umieszczali po 3-4 osoby, kazali im jechać na siedząco.

Nad ranem zaczęli przywozić rannych z Miejskiego Wydziału Spraw Wewnętrznych - młodych chłopaków, strasznie pobitych, dwóch natychmiast umieszczono na oddziale intensywnej terapii. Sanitariusze, którzy ich przywieźli, powiedzieli, że byli tam też martwi, ale nie pozwolono ich zabrać. Nie przywieźli ich też później, z MWSW. Czyli co, zakopali?

Moja siostra szła w pierwszych szeregach. Mówi, że przed kulami można się uchylić. Z AK nie leci prosto, tylko zygzakiem, można się uchylić. Jej córka, z którą ja szłam, teraz nie może spać. A ja nie mogę wychodzić z domu”*. "Lekarzom i pielęgniarkom zabroniono rozmawiać z dziennikarzami pod groźbą zwolnienia z pracy. Ale udało mi się porozmawiać z chirurgiem-reanimatorem. „W naszym szpitalu są trzy sale operacyjne. Tak więc ustawiliśmy tam jeszcze zwykłe drewniane stoły, i w każdej sali  przeprowadzaliśmy po 4 operacje jednocześnie. Martwych od razu przewożono do kostnicy, a ja nie wiem, ilu rannych było w szpitalu - nie odchodziłam od stołu. Ale w pierwszym dniu mi osobiście nie udało się uratować 22 osób. Operowaliśmy ich, wyjmowaliśmy kule, a oni mimo to umarli. Teraz osób, których nie uratowałam, jest już 23. Będzie 24 - jeden jest na oddziale intensywnej opieki medycznej, ale jego stan jest bardzo ciężki, na pewno nie przeżyje ".

Wielu świadków mówi, że część rannych i martwych rodziny zabrały z placu do domu, więc rzeczywistą liczbę zgonów jest trudno ustalić.

Na podwórkach tu i ówdzie napotykamy jurty – jurty stawia się też na pogrzeb. Ciał wciąż nie wydają - „Przeprowadzają ekspertyzy”, a trzy dni, podczas których trzeba pochować Adaja, już minęły.

Zharas Shupashev stał na placu przez 7 miesięcy. Brat mówi, że w ostatnich dniach siłą trzymali go w domu, bali się, „Więc o 12-stej w południe wyszedł po cichu, wiedział, że gdybym zobaczył, ze wychodzi, nakrzyczałbym na niego”.

Baibek Kubaydullaev, 22 lata. Kierowca, szedł przez plac po samochód. Jego ojciec jest strajkującym, i nie wiedział, że jego syn też będzie na placu w ten dzień. „Chcę tylko sprawiedliwości. Nie zemsty, tylko dochodzenia"- mówi ojciec.

* Niektóre imiona i nazwiska zostały zmienione.

** 4,5 tenge = 1 rubel

Źródło: Nowaja Gazeta